Zafoliowana koperta z kartką. W królewskim miasteczku

Podróże [Polska]

Gdzieś między Lesznem a Wrocławiem. W cieniu franciszkańskiego klasztoru. Z królewską Starówką, malowniczymi kamienicami, staromiejskimi murami i… starczy. Wschowa to przecież maleńkie miasteczko.   – Bo widzi pan – zaczyna pogodnie pani Jola. – My tu żyjemy troszkę jak na wsi. Każdy każdego zna. Nie mija kilka sekund od jej słów, gdy z drugiej strony placu słychać donośne: „Jola! Cześć! Wszystko dobrze?”. Jakiś jegomość macha do nas ręką. Wyreżyserowana scenka? Wątpię. Podobnie jak nie wierzę w to, by wzruszenie, jakie widzę w oczach pani Joli, gdy oprowadza nas po zrujnowanym zborze poewangelickim „Kripplein Christi”, było wyuczone. Jesteśmy w środku zdewastowanej świątyni. Niewielu ma tu wstęp. Pani Jola jest jedną ze szczęściarek. – To taka moja prywatna świątynia. Świątynia dumania. To tutaj złapałam archeologicznego bakcyla – chwali się. Jej dłonie zaczynają buszować w torebce. – O, proszę… – wyjmuje wreszcie. To zafoliowana koperta z pięknie zapisaną w środku
     
24%
pozostało do przeczytania: 76%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze