Zamienił stryjek…

Nigdy nie mów nigdy – ta zasada od zawsze sprawdza się w polityce. O tym zdaje się zapomnieli stratedzy PO zarzekający się, że Kidawa-Błońska „była, jest i będzie” ich kandydatką w wyborach prezydenckich. Obecnie wiemy, że z trzech czasów użytych w cytowanym sformułowaniu aktualny jest tylko przeszły – Kidawa-Błońska była kandydatką własnej partii. Na jej miejsce do boju wystawiono Rafała Trzaskowskiego. Tu jednak trzeba od razu postawić pytanie: „Do boju o co?”. 

W trakcie nieudolnego rozgrywania politycznych gierek w czasie pandemii z jednej strony, a kampanii prezydenckiej z drugiej – Platforma oberwała mocno. Spadek poparcia do poziomu kilku procent to katastrofa. Nie chodzi tu jedynie o walkę z Andrzejem Dudą, lecz raczej o utratę „przewodniej roli” w obozie opozycyjnym. To, że Szymon Hołownia zyskał w sondażach, wynika m.in. ze słabości innych kandydatów „anty-PiS-u” oraz z tego, że Hołownia sprawnie „ogarnia internety”, zresztą właściwie jako jedyny polityk w Polsce (bo oczywiście kandydując, z miejsca stał się politykiem, a jego próba „udawania”, że jest po stronie „ludu”, to zwykła ściema). Mam wrażenie, że mało kto docenia aspekt jego aktywności w sieci. A tymczasem codzienny przekaz na Facebooku, relacje na żywo, w trakcie których mówi wprost do wyborcy, patrząc mu w oczy przez ekran komputera – to doskonałe narzędzie, wykorzystywane z powodzeniem na Zachodzie, u nas ciągle jeszcze traktowane po macoszemu. Rafał Trzaskowski jest więc próbą odbicia elektoratu Hołowni i powrotu do liderowania opozycji w wyścigu o fotel prezydenta. Ma on „sprawną gadkę” i spodoba się niektórym paniom, które wrzucą do urny głos na niego. Jednak dwie rzeczy mocno go obciążają: Warszawa (postrzegana w Polsce jako „warszawka”) – bo Trzaskowski zdobędzie głosy kilku dużych miast, lecz cóż więcej? – oraz jego liberalne poglądy: czy to poparcie dla parad równości, czy też hołubienie wiceprezydenta Rabieja, manifestującego otwarcie swój związek z...
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: