Europejscy pieczeniarze

Im lepiej Polska radzi sobie w obliczu koronawirusa, tym trudniej lemingowi czy salonowemu intelektualiście mówić o sobie, że jest Europejczykiem. Bo mogą być oni Europejczykami tylko wówczas, kiedy będzie spełnione jedno założenie – gdy reszta społeczeństwa jest gorsza. Stąd tak widoczne zdenerwowanie, gdy okazuje się, że w państwach zachodnich radzą sobie gorzej niż w Polsce.

Jakub Stefaniak, wicedyrektor Centrum Informacji Senatu, jeden z bliższych współpracowników marszałka Grodzkiego, zaatakował Samuela Pereirę. Szef portalu TVP.info naraził się asystentowi tym, że ośmielił się dopytywać o skandalicznie wysokie premie, jakie Grodzki rozdysponował między swoich zaufanych. Chamstwo i agresja Stefaniaka to rzecz nienowa, pasująca zresztą do środowiska, które skupia wokół siebie Grodzki. Ciekawe było co innego. Otóż Stefaniak chcąc obrazić Pereirę, odwołał się do jego pochodzenia. Za coś takiego w większości państw Unii Stefaniak zostałby skreślony politycznie na przynajmniej kilka lat. A Grodzki musiałby się miesiącami z tego tłumaczyć. A u nas? Nikt na to nie zwróci większej uwagi, a Stefaniak wrazz ze swoim szefem nadal będą mogli uchodzić za reprezentantów tej „postępowej”, „europejskiej” i „unijnej” Polski, mimo że właśnie złamali podstawowe standardy zachodnie. Pytanie, skąd ta „zaskakująca” różnica między „europejskością” w wydaniu zachodnim i naszym?

Pozorny status
Jakub Stefaniak jest tylko kolejnym przykładem ponurego zjawiska. Od przynajmniej dwóch dekad odwoływanie się do „Europy” przez elity, nazywające siebie liberalnymi, lewicowymi bądź „euroentuzjastycznymi”, ma charakter często dystynktywny. Istnieje tylko w połączeniu z celem, a jest nim odpowiednie podzielenie społeczeństwa. Na tych bardziej europejskich i na oszołomów. I stworzenie tym samym trwałej legitymacji swojej władzy jako reprezentantów bardziej oświeconej części społeczeństwa i... dostarczenie swojemu elektoratowi poczucia...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: