Włoski Wuhan. Italia w obliczu epidemii

„Pacjent nr 1”, 38-letni Mattia, trafia do szpitala w Codogno w Lombardii na Oddział Pierwszej Pomocy. Jest 19 lutego, 3.12 w nocy. Ma objawy koronawirusa SARS-CoV-2 – gorączkę, trudności w oddychaniu. Zostaje zastosowany protokół przygotowywany kilka tygodni wcześniej przez włoskie ministerstwo zdrowia. Padają standardowe pytania wynikające z dokumentu: Czy w ostatnim czasie wrócił pan z rejonów ryzyka w Azji? Był pan w Chinach? Odpowiedź jest przecząca i pacjent zostaje… odesłany do domu. Po 36 godzinach wraca na oddział, ale już w bardzo złym stanie. Wtedy lekarze – mimo że nie przewiduje tego zalecany protokół ministerialny – wykonują test na koronawirusa. Wynik jest pozytywny…  

Zaledwie kilka dni później Włochy pogrążają się w kryzysie związanym z rozprzestrzenianiem się epidemii: powstają czerwone i żółte strefy, miejsca objęte kwarantanną, są setki zarażonych, kilkanaście osób umiera, panika powoduje wykupywanie wszystkiego w sklepach, zawieszone zostają lekcje w szkołach, odwołane mecze Serie A i wszelkie imprezy. Ulice w Wenecji i Mediolanie, wypełnione zwykle turystami, zieją pustką. Sceny jak z katastroficznego filmu.
 
Odciąć ognisko choroby
Mattia nie pasuje do „profilu”. Ma 38 lat, jest wysportowany, umięśniony, media włoskie dość szybko zaczęły używać wobec niego sformułowania „atleta”. Uprawia kilka dyscyplin sportowych – biega w maratonach, lubi długie marsze i wycieczki, jest graczem miejscowej drużyny piłkarskiej. Tymczasem choroba COVID-19 i związane z nią ciężkie zapalenie płuc (SARS) dosłownie zbijają go z nóg. Początkowo jest w tak złym stanie, że nie można go nawet przetransportować do szpitala Sacco di Milano, drugiego obok Spallanzani z Rzymu, specjalistycznego ośrodka zajmującego się we Włoszech chorobami zakaźnymi. W Codogno rozpoczyna się walka o jego życie. Dwóch anestezjologów w trakcie intubowania pacjenta zaraża się wirusem – są nie dość dobrze zabezpieczeni. Zarażone...
[pozostało do przeczytania 87% tekstu]
Dostęp do artykułów: