Gdy nie chcą ruszyć. W autobusie pod nepalskim niebem

Po kilku dobach spędzonych pod Himalajami dochodzę do jednego wniosku: nepalskie środki komunikacji przystosowane są do przewozu miniludzików. Kolana nie zmieszczą się za nic w świecie. Dodatkowym utrudnieniem są wystające z siedzeń druty, skutecznie drące spodnie i „umilające” dalszą jazdę po pełnej wertepów drodze wzdłuż Himalajów.

– Przepraszam… – zaczynam grzecznie. Tumult kociej muzyki z głośną perkusją sprawia, że pan siedzący za kierownicą stojącego nadal w miejscu busa chyba mnie nie usłyszał.
– Panie, ruszymy wreszcie?! – powtarzam już podrażniony.
– A co? – odwraca od niechcenia głowę.
– Stoimy w tej wiosce już od ponad 30 minut! Ile można?! Chcielibyśmy z kolegą dojechać do Pokhary (największe miasto podnóża Himalajów, baza wypadowa dla wspinaczy – przyp. aut.) jeszcze na poranek.
– Na poranek? W Pokharze? A, to spokojna głowa – odpowiada kierowca. Bezradny wracam na miejsce z tyłu autobusu. Do kompana.
– Co powiedział?
– Mówi, żebym się nie pieklił. Że zdążymy.
Obrazek, jaki w tej chwili współtworzymy, musi być godny pożałowania. Może gdyby w cuchnącym autokarze było choćby ciut odrobinę jaśniej, uwieczniłbym nas na zdjęciu. Nic z tego, bo jedynym źródełkiem światła jest stojąca kilkanaście metrów od nas uliczna latarnia. A i ona świeci tak, jakby chciała, a nie mogła. W autobusie ciemno. Gdy oczy przywykną do zmroku, dostrzeżemy nasze nogi. Zarzucone na stojące w przejściu gigantyczne plecaki. Nepalskie środki komunikacji przystosowane są raczej do przewozu miniludzików. Kolana nie zmieszczą się za nic w świecie. Dodatkowym utrudnieniem okazują się wystające z siedzeń rozmaite druty, skutecznie drące nam spodnie i „umilające” jazdę po pełnej wertepów drodze wzdłuż Himalajów. Żeby chociaż było na co popatrzeć za oknem. Gdzieś tam pewnie widać zaśnieżone szczyty siedmio- i ośmiotysięcznych gigantów. Ale o 2 w nocy mamy marne szanse na jakąkolwiek wizualną ucztę. Tymczasem kierowca...
[pozostało do przeczytania 55% tekstu]
Dostęp do artykułów: