Mus realnej walki z seksualizacją dzieci

Nasza, konserwatywna strona zbyt często toczy walki nie z tymi zagrożeniami, które są najpoważniejsze, lecz z tymi, które najłatwiej prowadzić (bo najprościej zdobyć dla nich pełne poparcie i jeśli nawet nie są one łatwe do wygrania, to przynajmniej nietrudno je rozegrać). Tak jest z walką z seksualizacją dzieci.

Wytaczamy wielkie armaty (słusznie) przeciwko ideologii LGBTQ, lekcjom edukacji seksualnej, a nie walczymy niemal w ogóle (z chlubnym wyjątkiem Twojej Sprawy) z tym, co je naprawdę najmocniej seksualizuje. I żeby nie było wątpliwości – ja też jestem przeciwnikiem tęczowych piątków, bo są one głównie narzędziem propagandy i miękkiej indoktrynacji. Nie jestem wielbicielem edukacji seksualnej w szkołach, bo nie ma jej bez elementu aksjologicznego, a ten różni rodziców i dzieci, więc nie można go siłowo narzucać wszystkim. Ale wiem też, że walczymy z wygodnym wrogiem, a nie tym najgroźniejszym. Jeśli bowiem nasze dzieci uczą się dziś najgroźniejszych postaw, jeśli gdzieś się seksualizują, to tym miejscem jest internet. Dwunastolatkowie mają dostęp do treści na temat każdego rodzaju seksu przez komórki, tablety, wiedzą o pewnych sprawach więcej niż ich matki (ojcowie często są uzależnieni od pornografii). Młodzi mężczyźni uczą się podejścia do seksu z pornosów i traktują swoje partnerki jak aktorki… Ograniczenie dostępu do treści pornograficznych tylko dla dorosłych, ograniczenie seksualizacji przez media (a wystarczy obejrzeć jakąkolwiek piosenkę, także disco polo, żeby nam włosy dęba na głowie stanęły) – to zadania o wiele trudniejsze. A czymś jeszcze trudniejszym jest pokazanie, że dopiero seksualność ograniczona moralnością i rozmaitymi kulturowymi i religijnymi tabu jest rzeczywiście godna człowieka. Pozytywny przekaz jest o wiele trudniejszy, ale jeśli go nie będzie, to już przegraliśmy wojnę o nasze dzieci, o nas samych, o nasze podejście do seksualności.

 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: