Bez drzew, bez miłości. Mekka terroru

Szelest papierowej torby wyjmowanej przez jednego ze zwiedzających muzeum. Głuche szuranie butów. Tutaj wszystkie te odgłosy są jakby bardziej słyszalne. Człowiek odbiera je inaczej. Bo i zmysły szaleją przy odwiedzinach takiego miejsca.

Znajdujemy się w pustej szkolnej salce. Po prawej stronie wisi ciemnozielona tablica. Nieopodal w kącie widać jakieś drobne napisy. Kilka krzyżyków. Pewnie bazgroły namalowane przez nudzące się w trakcie lekcji dzieci. Skrzypiące drzwi przy każdorazowym wejściu kogoś do sali. Te same drzwi, co kiedyś. Nikt ich nie wymienił. To miejsce miało pozostać takim, jakie było przed 40 laty. I tylko ta samotna prycza na środku. Jakoś tu nie pasuje. Odcisk żelaznych prętów tej twardej leżanki poznało około 40 tysięcy nieszczęśników. Tylko dlatego, że przyszło im stanąć po drugiej stronie niż rządzący Kambodżą w latach 70. seryjny morderca i twórca krwawego reżimu, Pol Pot. Nieszczęśników, którzy nawet niekoniecznie musieli mieć tego świadomość.

Jak choćby ta pogodna dziewczynka z czarno-białej fotografii na korytarzu. Ponoć aresztowano ją za... śpiewanie. Została nakryta przez khmerskiego szpicla, który usłyszał, jak zbierając kwiaty na polanie, nuci sobie wesołą piosnkę, której nauczyła ją matka. Za nucenie tradycyjnej melodii ludowej została skazana na więzienie.

Salka więzienia S-21 w Phnom Penh jest niemym świadectwem tych bezwzględnych absurdów. Obecność tutaj paraliżuje i wprawia w apatię. Trudno to wszystko pojąć i wytłumaczyć sobie demoniczną motywację do czerpania dzikiej satysfakcji z zadawania wymyślnych cierpień innym. W więzieniu Tuol Sleng coś w odwiedzających pęka. Człowiek stoi i... zaczyna szeptać słowa modlitwy. Ale czy powinien modlić się za tych, którzy tutaj zginęli, czy może za tych z drugiej strony łóżka? Tych dzikich ciemiężców, często kilkunastoletnich chłopców, z sumieniami przemielonymi literą krwawego reżimu.

Więźniowie zamykani byli w drewnianych...
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: