Ludzie „chonoru”

W jednym z warszawskich klubów odbyła się impreza „Urban party – napij się z Jerzym Urbanem”. Zgromadzony tłum, gdy zobaczył byłego komunistycznego aparatczyka, rzecznika rządu z lat 1981–1989, zaczął skandować „Urban! Urban! Urban!”. Ten zaś słuchał zachwycony i zaraz sam przyznał, że zdarzyło mu się to po raz pierwszy w życiu. Owszem, nawet za czasów komuny i za Jaruzela u steru nigdzie go tak nie fetowano.

W dodatku okrzyki wznosili, niestety, młodzi ludzie. I odśpiewali swemu „bohaterowi” „Sto lat!”. Przyznam szczerze, że przecierałem oczy ze zdumienia, jak to zobaczyłem. To kolejny przypadek kliniczny, objaw jakiejś strasznej choroby, która trawi Polskę od 1989 roku. Jak gangrena toczy ona naszą ojczyznę i rujnuje moralnie – dawni zbrodniarze nie zostali osądzeni i ukarani, gdyż  pozwolono esbekom i kapusiom dobrze się urządzić, a w dalszej perspektywie „edukować” następne pokolenia. Tak im wyprać mózgi, by zbrodniarze stali się bohaterami, „ludźmi chonoru” (piszę z rozmysłem z błędem ortograficznym), jak to swego czasu nazwał ich szef „Gazety Wyborczej”. To zresztą środowisko „GW” w dużej mierze jest za ową chorobę odpowiedzialne. Za takie okrzyki na cześć Urbana. Za pogrzeb Jaruzelskiego z „chonorami” państwowymi. Za stworzenie grup biznesowych, politycznych, medialnych, które przejęły władzę nad Polską. To z tego względu walka, jaką toczy PiS, ma wymiar ponadteraźniejszy – rozgrywa się bowiem na planie szerszym niż jedna kadencja czy dwie. To przecież także walka z patologią ubiegłego, straconego już czasu. I walka z patologią, która panoszy się w wielu sferach życia polskiego. A co gorsza, miała i ma tak wielki wpływ na umysły. Tego strasznie mi żal. I dlatego tak bardzo boli film, który zobaczyłem. Bo Urbana oklaskują na nim nie towarzysze dawnych lat, nie zomole nienawidzący wszystkiego co polskie, lecz młodzi ludzie. Biedni, młodzi ludzie, którym ktoś zniszczył dusze, umysły i kręgosłupy. Straszne.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: