Nobel-esse oblige

Komitet Noblowski przyznał Nobla Polce. Tak się składa, że tuż przed wyborami. I co więcej – takiej Polce, która poza niewątpliwym talentem literackim ma też niezwykle cenny z punktu widzenia opozycji zestaw światopoglądowy. W tym zestawie mieści się też odpowiednia dawka wymierzonej we własny kraj i jego historię politycznie poprawnej treści, w której Polacy to naród szowinistów, rasistów i morderców Żydów.

Do tego dochodzą inne składniki, potrzebne do uznania autorki godnej Nobla nie tylko z racji umiejętności formalnych (tych wszakże nikt Tokarczuk nie odmawia, nawet w gronie jej krytyków), lecz przede wszystkim z racji jej przynależności do lewicowej, kulturalnej „elity” europejskiej. Takim składnikiem jest choćby kwestia wspierania ideologii LGBT. Oczywiście wybór Tokarczuk został natychmiast wykorzystany przez środowisko opozycji. Oraz przez samą laureatkę, która nagrodę postanowiła „zadedykować Polakom” oraz zachęcić ich do głosowania „na demokrację”. W domyśle – przeciwko tym, co to niby „antydemokratyczni”, czyli przeciwko katolom, nazistom, faszystom, rasistom i apologetom dyktatury, okropnym pisiorom, dławiącym wolnościową tkankę społeczeństwa. To zresztą klasyczny numer „odpolityczniania kultury”, którą to jakoby ma upolityczniać demonizowany PiS. Na podobnej zasadzie pluli na rządzących filmowcy w trakcie Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, krzycząc o upolitycznianiu sztuki, a jednocześnie odczytując manifesty stricte polityczne! Cyrk na kółkach! Miało to być swoistą pułapką na stronę pisowską: pogratulują? Jak się zachowają? Jak się wykorzystuje literatów-noblistów do walki politycznej, pokazał choćby przykład Włoch i użycie nagrody noblowskiej dla Dario Fo, by walić w przeciwnika z prawicy. Mamy więc w Polsce laureatkę Nobla, która z pewnością jeszcze nieraz będzie wyciągana na sztandary walki z „kato-prawicą”.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: