Za te igrzyska zapłacimy miliony

Bubel narodowy

Kiedy w październiku 2011 r. polskie władze pokazywały z dumą prezydentowi Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA) Michelowi Platiniemu budowany wtedy Stadion Narodowy, a życzliwe rządowi media prześcigały się w zachwytach nad obiektem, Francuz nagle oświadczył, że dla niego to jeszcze nie jest stadion. – Stadion bez murawy to nie stadion – powtórzył zaskoczonym dziennikarzom. Pomyśleć, że dopiero musiał do nas przyjechać ktoś z zagranicy, żeby wytłumaczyć polskim żurnalistom, co to jest obiekt sportowy.

Podobnie było niemal ze wszystkim, co wiązało się z organizacją piłkarskich mistrzostw Europy. To miał być sukces i jeśli nawet go nie było, wmawiano ludziom, że jest. Wbrew budowlanym przepisom i zasadom bezpieczeństwa na nieukończonym Stadionie Narodowym organizowano propagandowe festyny, na które wpuszczano tysiące ludzi, aby tylko podtrzymać w nich przeświadczenie, że jest fajnie. A fajnie nie było. No bo z czego tu się cieszyć? Że stadion będzie kosztował cztery razy więcej niż identyczny w RPA? Że obiekt oddano do użytku z wielomiesięcznym opóźnieniem? Że musiał być remontowany, zanim został ukończony?

Władza jednak z uporem próbowała udowodnić, że plac budowy jest stadionem i kazała ułożyć w lutym na boisku trawę, by można było rozegrać mecz Polska–Portugalia. Położoną zimą murawę trzeba było oczywiście zastąpić potem nową, co oznaczało, że kilkaset tysięcy złotych wyrzucono w błoto tylko po to, aby władza mogła pochwalić się, że budowa Stadionu Narodowego jest ukończona. Cóż, każdy sukces ma swoją cenę.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stadion Narodowy i inne inwestycje związane z Euro 2012 były nie tylko elementem propagandy sukcesu, ale także okazją do „robienia pieniędzy”. Aby kolesie Mira, Rycha i Zbycha mogli na Euro 2012 jak najwięcej zarobić, koszty budów musiały być odpowiednio duże. Pewnie dlatego Stadion Narodowy to jeden z najdroższych obiektów tego typu w Europie. Jego...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: