Nie ma bata…

Zawsze jestem pesymistą. Byłem pewny, że prezydent Andrzej Duda przegra wybory. W 2015 roku wieściłem PiS-owi, że wygra, ale nie będzie rządził. W roku 2018 twierdziłem podobnie, że partia Jarosława Kaczyńskiego nie zwiększy stanu posiadania w samorządach. W ostatnich wyborach przewidywałem remis KE z ZP.

Dziś nie mam w sobie nawet krzty wątpliwości, że opozycja jest w jakikolwiek sposób zdolna zagrozić Prawu i Sprawiedliwości. W ostatnich tygodniach byłem w województwie świętokrzyskim i znajomi opowiadali mi, jak przyjechała do nich Beata Szydło i mówili o niej: „nasza”. Nie było w tym sarkazmu, ale raczej entuzjazm ludzi, którzy spotkali gwiazdę filmową i odkryli, że jest normalna i mało się od nich różni. W miniony weekend uczestniczyłem w konwencji programowej i widziałem realny entuzjazm ludzi, których interesuje Polska, a polityka naszego kraju obchodzi. W tym przedsięwzięciu wzięło udział tysiące osób, a nawet na najnudniejszym panelu, którego tytuł był dla mnie niezrozumiały, obecnych było mimo wszystko kilkadziesiąt osób. PiS na razie ma komfort i dzisiaj nic nie zapowiada, aby nie miał zgnieść opozycji. Może przegrać jedynie z samym sobą. I to mnie jednak niepokoi. W polityce jest bowiem jak w małżeństwie, gdy człowiek myśli, że jest stabilnie i dba tylko o to, aby było dobrze, to wygasają emocje, a w związku rozpoczynają się kłótnie. Tymczasem relacje międzyludzkie zawsze są procesem i wciąż trzeba dbać o właściwy poziom emocji. Brak zaangażowania i samozadowolenie są dziś największym zagrożeniem dla PiS-u. Dlatego politycy PiS-u muszą znów nadstawić ucho i pochylić się do ludzi. Wyskoczyć z przyciasnych garniturków i biec w teren. Od miłości bowiem do nienawiści jest jeden krok.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: