I znowu Houellebecq

Są autorzy, od których nie potrafię się uwolnić, na których książki czekam i którymi się zaczytuję. Jednym z nich jest Michel Houellebecq. I nie chodzi tylko o to, że diagnoza świata, jaką on przedstawia, jest mi (do pewnego stopnia) bliska, ani nawet o to, że odnajduję się w niektórych jego pomysłach, ale przede wszystkim dlatego, że gdy wchodzę w świat tego autora, to nie mogę się z niego wydostać. Jego styl pisania sprawia, że trywialna historia czterdziestopięciolatka w depresji, który wędruje śladami swoich miłości, staje się pasjonującą lekturą. Ale ważniejsze jest co innego.

Otóż tak się składa, że „Serotonina” (czyli najnowsza powieść Michela Houellebecqa) to książka rekolekcyjna. Zejście do granic piekła uświadamia, czego naprawdę potrzebujemy. I nie są to rzeczy wielkie. To po prostu miłość, przyjaźń, relacje, ofiara. Lektura „Serotoniny” zmusza do postawienia pytań o sens życia, o wypłukanie współczesności z miłości, o możliwość szczęścia w świecie bez Boga, bez sensów i metasensów, w istocie nawet bez seksu, który jest czymś więcej niż techniką i zachowuje potencjał bycia relacją. Porażająca lektura, gdy człowiek uświadomi sobie, że żyje w kulturze, którą w sposób wyolbrzymiony, ale adekwatny przedstawia Houellebecq. Tak, to nie jest jakaś obca nam kultura, ona nas otacza, a my jesteśmy przez nią kształtowani. A jeśli wejść w ten tekst głębiej, to staje się on obrazem Europy. Nasz kontynent to właśnie świat pozbawionego sensu przesytu, konsumpcji, która nie prowadzi już do przyjemności, o szczęściu nawet nie wspominając, świat, w którym nawet seks stracił jakiekolwiek znaczenie, i w którym jedynym celem pozostaje naszprycowanie się hormonami, byle zachować możliwość przetrwania kolejnego dnia. Bez wiary nie ma ucieczki z tego świata. Ale wiara w takim świecie jest czymś niezmiernie trudnym.

 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: