Początek Zełenskiego. Błędy stare i nowe

Patrząc na pierwsze dni prezydentury Wołodymyra Zełenskiego, trudno uwierzyć, że już po wyborach. Zełenski i jego drużyna zachowują się tak, jakby kampania nadal trwała. Nie trzeba dodawać, że to nie jest dla państwa dobre.

Zełenski rozpoczął kadencję z impetem tarana. Najpierw udało mu się wynegocjować z parlamentem taką datę inauguracji, która pozwalała przyspieszyć wybory do Rady Najwyższej. Już w dniu zaprzysiężenia, występując w parlamencie, ogłosił jego rozwiązanie. Choć wielu ekspertów uważa, że mógł tu naruszyć prawo. Przedterminowe wybory odbędą się 21 lipca. Rząd więc będzie póki co działał, choć z ograniczonymi kompetencjami. To już raczej administrowanie, a nie rządzenie. Zełenski ostro werbalnie atakuje politycznych przeciwników, ale przede wszystkim szybko buduje własny ośrodek władzy – czas jest tu bardzo ważny, bo w mieszanym ustroju na Ukrainie w obecnej sytuacji to prezydent zyskał wyraźną przewagę. I chce to wykorzystać.

Ludzie prezydenta
21–22 maja serią dekretów Zełenski mianował najwyższych urzędników w swej administracji, jak też w tych strukturach siłowych, gdzie może to zrobić, nie oglądając się na parlament i rząd. P.o. szefem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) został Iwan Bakanow. To przyjaciel prezydenta jeszcze z czasów dzieciństwa, a potem biznesowy partner w szeregu spółek produkcji telewizyjnej – również na rynku rosyjskim. W grudniu 2017 roku został szefem partii Sługa Narodu. Potem stał na czele sztabu wyborczego Zełenskiego. Prezydent zdecydował się zrobić Bakanowa jedynie p.o. szefa SBU, bo to nie wymaga akceptacji Rady Najwyższej. Zełenski liczy, że jak już będzie nowy parlament, to wtedy kandydaturę Bakanowa odda pod głosowanie i wygra. Jedno jest pewne już teraz. Postawienie na czele SBU amatora, i to z bardzo słabym statusem formalnym, ucieszyło Rosjan. Jeszcze dziwniej wygląda nominacja nowego sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNiO). Został...
[pozostało do przeczytania 74% tekstu]
Dostęp do artykułów: