Mañana! Wszystko, co możemy zrobić jutro

Nie po raz pierwszy mieliśmy szansę się przekonać, że ulubionym rozwiązaniem w procesie wspólnego podejmowania decyzji w Unii Europejskiej jest gra na czas. Paraliż decyzyjny dodatkowo potęguje troska o wynik w nadchodzących wyborach europejskich.


Sprawa brexitu od początku związana była z obawami europejskiego establishmentu o utratę kontroli nad kluczowymi sektorami europejskiej integracji. Teraz ta obawa zyskała konkretny wymiar w postaci nadchodzących majowych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Chodzi nie tylko o to, czy Brytyjczycy wezmą udział w wyborach czy nie, ale także o to, jak duże będą straty poniesione na rzecz populistów i partii eurosceptycznych. Sama wyborcza frekwencja jak zwykle stanie się obrazem tego, jak zwykli Europejczycy postrzegają europejski projekt.

Orbán pośród demokratów
Uwerturą do szczytu była rozgrywka o obecność węgierskiego Fideszu w Europejskiej Partii Ludowej. Także ta sprawa pokazała, jak wszyscy główni gracze skupieni są już na walce o przyszły układ sił w Europie. Przede wszystkim starano się stworzyć wrażenie, że prym w ofensywie przeciwko partii Orbána wiedzie szef EPL Manfred Weber, choć nie było dla nikogo wielką tajemnicą, że do wykluczenia Fideszu Niemiec wcale się nie pali. Choć z rozwiązaniem problemu niesfornych Węgrów czekano do ostatniej chwili, w końcu jednak trzeba było coś zrobić. W przeciwnym wypadku Frans Timmermans – obecny wiceszef KE, a także kandydat do objęcie przewodnictwa w komisji – mógłby się ogłosić jedynym prawdziwym obrońcą europejskich wartości.
Ostatecznie zdecydowano się na rozwiązanie, które mniej mówi o szacunku do europejskich i demokratycznych wartości, a więcej o trosce o dobry wynik w nadchodzących wyborach. Orbánowi zaproponowano rozwiązanie, dzięki któremu mógł zachować twarz. Węgierski premier mógł bowiem stwierdzić, że Fidesz zawiesił się tak naprawdę sam. Dla węgierskiego premiera stworzenie wrażenia, że...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: