Biała Góra. Siódmy szczyt świata

Zostało ich sześciu. Reszta musiała schodzić. Jeszcze inni pogubili się podczas podejścia. Pierwsza ekspedycja, której udało się wejść na szczyt Dhaulagiri. Sześciu ludzi. I tylko jeden, dwuosobowy namiot. Ścisk jest tak koszmarny, że biorący udział w wyprawie Szerpa Nyima Dordjee wybiera noc na 30-stopniowym mrozie w samym tylko śpiworze.

– Namaste! – pozdrawia nas gromadka umorusanych dzieci.
– Namaste – odpowiadamy zgodnie, zdążywszy nauczyć się już najpopularniejszego chyba z nepalskich słówek.
– Teraz wypocznijcie. Przed wami długa droga. Smacznego – wracający z pól tarasowych ojciec rodziny, w którego domu spędzimy najbliższą noc, częstuje nas ciepłą zupą. – Kiedy przyjdzie reszta?
– Jaka reszta? Idziemy sami. Jest nas tylko dwóch – odpowiadamy z Michałem nieco zaskoczeni.
– No dobrze. A przewodnik? Szerpowie? – dopytuje dalej mężczyzna.
– Nie mamy. To zbyt kosztowne.
– A przepraszam, skąd wy w ogóle jesteście?
– Z Polski.
– A gdzie idziecie?
– Pod Dhaulagiri.

Po tej odpowiedzi tylko kiwa głową. Jakby wszystko stało się dla niego jasne. Zanim wyjdzie, przestrzeże nas jeszcze przed wyższymi partiami:
– Niedawno spod góry wycofała się jakaś wyprawa. Uważajcie. Tutaj zima jeszcze nie odpuściła.

Przekonujemy się o tym kilka dni później. Sami pośród srogich turni, pokrytych śnieżnymi okapami i serakami. Przekraczający zamarznięte strumienie. Wyposażeni w raki, pokonujemy kolejne śnieżne nawisy. Walcząc z chłodem. Z zawilgotniałymi od śniegu butami, które nocą momentalnie skorupieją. A ich włożenie na poranione od wielodniowego marszu stopy będzie graniczyć z masochizmem.

Pod siódmym szczytem świata, jakim jest Dhaulagiri, nie ma szlaku. W zimowych warunkach trudno nawet doszukać się wydeptanej ścieżki. Ta pojawia się czasem w pozostawionej nieco niżej dżungli, przy przełomie rzeki Kali Gandaki. Tutaj, wyżej, jest już tylko biała połać...
[pozostało do przeczytania 55% tekstu]
Dostęp do artykułów: