Gdzie „rzeka” znaczy „życie”. Bajeczne brzegi w Laosie

W Europie już dawno o tym zapomnieliśmy. Tutaj rzeka to nadal podstawowe środowisko człowieka. To w niej zanurzeni po kolana mężczyźni spędzają połowę dnia. To w niej pracują. W niej się myją. W niej szukają żywności...



Jest ciepła, bujna, wręcz nienaturalna. Zieleń okolicy sprawia piorunujące wrażenie. A odbijające się w rzece Nam Ou kształty okolicznych skalnych ścian dopełniają bajkową scenerię. I tylko ten warkot silnika naszej łodzi...

Co tu ukrywać – nie jest to chyba najstabilniejszy środek transportu. Każda kolejna fala wprowadza kadłub w niebezpieczne kołysanie. Z przodu niewielka kabinka z pękniętą szybką. I skośnooki starzec w czarnej kurtce. Jakby zupełnie nieobecny. W naszą stronę zerknął tylko raz – kiedy jego kumpel z imitacji portu w Luang Prabang przyprowadził „jakichś białych, chcących znaleźć transport w górę Mekongu”.

– To ci – przekazanie pod opiekę kapitana obyło się bez zbędnych ceregieli.
– Wchodźcie – powitał nas starzec.
– Nasza koleżanka chciałaby dostać jakiś kapok. Czy będzie możli...
– Będzie, wchodźcie. Nie mamy czasu – przerwał.

Nie będziemy jednak narzekać. W końcu to był nasz niczym nieprzymuszony wybór. Mieliśmy jeszcze jedną opcję transportu: połowę planowanej trasy można przecież pokonać busem. Stwierdziliśmy jednak, że taka forma byłaby zanadto „w europejskim stylu”. A jesteśmy przecież w Laosie! Tutaj tak się po prostu nie podróżuje. Od tego jest rzeka. W dodatku niemała. Dziewiąta pod względem długości na świecie. Jakby tego było mało – pełna dorzeczy. Na mapie dorzecze Mekongu sprawia wrażenie układu krwionośnego całej Azji Południowo-Wschodniej. Za chwilę wpłyniemy w jedną z odnóg. Nam Ou. Póki co krajobraz nie powala. Nagie stoki porośnięte pojedynczymi drzewami. Kilka łodzi zacumowanych u piaszczystych skarp. Do tego to słynne wschodnioazjatyckie niebo. Permanentnie pokryte delikatną smugą ledwie widocznej mgiełki. Nuda. Po...
[pozostało do przeczytania 55% tekstu]
Dostęp do artykułów: