Żadna siła, żadna burza…Polska bandera, statki i okręty

Ponad pięć i pół tysiąca kilometrów liczyły ustalone krwią żołnierza polskiego i traktatami granice wolnej Polski. Pięć i pół tysiąca kilometrów, z czego na granicę morską przypadało kilometrów… 71. Choć licząc oba brzegi Helu, wychodziło ich prawie 150. Trzy procent… Ale chyba z żadną inną granicą, choć praktycznie wszystkie okupione zostały poświęceniem i śmiercią Polaków, nie łączyło się tyle dobrych uczuć i nadziei, co z tym skrawkiem wybrzeża Bałtyku.


Polskie marzenie o morzu było równie stare jak polskie państwo. Anonim zwany Gallem w XII wieku zapisał pieśń wojów Bolesława Krzywoustego, radujących się, że choć ich przodkom „wystarczały ryby słone i cuchnące”, oni po świeże przychodzą, „w oceanie pluskające”. Gdy w czasie Wielkiej Wojny zaczęły pojawiać się koncepcje terytorialnego kształtu wolnej Polski, najśmielsze pomysły dotyczyły właśnie dostępu do morza. Najśmielsze to… mocne słowo. Politycy galicyjscy na przykład, pod naciskiem Niemiec, postulat dostępu przyszłej Polski do morza sformułowali w sposób żałosny: Polska miała mieć wyjście na Bałtyk poprzez „skanalizowaną Wisłę”. Na szczęście był Ignacy Paderewski, który „wygrał Polskę na fortepianie”: to pod jego wpływem – i wpływem granej przez niego muzyki Chopina – prezydent USA Woodrow Wilson umieścił tezę o konieczności powstania Polski z dostępem do morza wśród amerykańskich celów wojny.


Pod biało-czerwoną banderą

W styczniu 1920 r. weszły w życie postanowienia traktatu wersalskiego przyznającego niepodległej Rzeczpospolitej kawalątek wybrzeża morskiego. Gen. Józef Haller natychmiast rozpoczął przejmowanie ziem Pomorza Gdańskiego mających być Polską, a 10 lutego dotarł do Pucka. Tam odbyła się ceremonia, która do dziś panuje nad wyobraźnią Polaków: zaślubiny Polski z morzem. Na dnie Bałtyku leży platynowy pierścień, który Haller wrzucił w morskie wody. Zaślubiny to sakrament, a sakramenty są wieczne i nieodwołalne....
[pozostało do przeczytania 76% tekstu]
Dostęp do artykułów: