Moderatorzy z Manili 

Dokument o czyścicielach internetu jest filmem niedoskonałym, tendencyjnym, ale naciska ważne cywilizacyjnie klawisze. Oto szeregowi cenzorzy światowego internetu egzystują na peryferiach, dostali robotę na zasadzie outsourcingu. Opowiadają o złych warunkach pracy, żalą się na absurdalność zakazów, które muszą wdrażać.
 
Zrazu wygląda to na opowieść o zakneblowanym społeczeństwie. Wiele treści i obrazów podawanych na YouTube i Facebooku nie dociera do odbiorcy, czyli internet zawodzi, bo artystce Illmie Gore nie wolno pokazać portretu Trumpa z małym penisem. A gołego Timmermansa niby można?! Niektórzy eksperci i ex-czyściciele opowiadają się za koniecznością takich działań, choć widzimy, że największy wpływ na treść cenzorskich zapisów mają wielkie korporacje, a silne państwa i policje reglamentują treści infosfery. Ostrzeżenie, że przewagę w tej grze bezwzględnie egzekwują liberałowie, już w filmie nie pada.
 
Mali krępują nas na życzenie gigantów, ale mamy tu też moralny dramat. Zniewolenie internetu jest równie przerażające jak dopuszczenie w nim pełnej wolności. Zamorscy cenzorzy działają w interesie możnych, ale też by ratować człowieka np. przed propagandą ISIS. Widać w filmie, że są też ofiarami. Kto monitoruje sceny samookaleczeń, narkomanii albo dziecięce porno, ten z przerażenia wariuje, wybiera samobójstwo.
 
Można nie dowierzać niemiecko-brazylijskiej wizji demokracji, a i tak dostrzec w filmie tragedię naszych czasów. Technologie otworzyły nieograniczone możliwości przed ludzkim diabelstwem. Czyściciele z odległego kraju przebijają się przez szambo, spermę i krew, obciążając tym głowy i serca. Czyszczenie internetu boli (nie to co PRL-owskie kreślenie Pana Boga, Orwella, Katynia czy krytyki ZSRR). Dlatego winniśmy wyrobnikom z Manili jeśli nie zrozumienie, to odrobinę współczucia. 
 
Czyściciele internetu
Hansa Blocki Moritz Riesewieck 
Brazylia/Niemcy 2018
 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: