Bez wyścigu szczurów

Zacznę od wyznania. Całe niemal życie byłem szkolnym obibokiem. W podstawówce dobra pamięć, sprawne pióro i wygadanie pozwalały mi jeszcze zachować czerwony pasek, ale… w liceum już nie. Świadectwo maturalne mam ukryte głęboko w szafie, żeby dzieci go nie zobaczyły, bo pół roku przed maturą poznałem swoją żonę i – co zrozumiałe – nie miałem czasu na naukę.
 
Uczyć zacząłem się dopiero na studiach, a to tylko dlatego, że naprawdę mnie fascynowały. Po co o tym piszę? Bo nie mam wrażenia, żeby te braki w edukacji, niewątpliwe dziury w kwestii wiedzy z chemii czy fizyki, jakoś zasadniczo pogarszały moje samopoczucie czy miejsce na rynku pracy. Jako wieloletni leń patentowany radzę sobie w życiu lepiej niż wielu moich niewątpliwie o wiele pracowitszych i zdolniejszych kolegów (i koleżanek). Dlaczego? Może dlatego, że w dzieciństwie na blokowisku w centrum Warszawy nauczyłem się współpracy, rozmowy i przeżyłem zwyczajne dzieciństwo i młodość. Dlatego ten tekst będzie apelem do rodziców: nie odbierajcie dzieciom dzieciństwa, nie wprowadzajcie ich przedwcześnie w wyścig szczurów, pozwólcie zamiast zakuwać matematykę, pobawić się z kolegami. Nie namawiam do tego, żeby odpuszczać dzieciakom pracę, ale przypominam tylko, że – wbrew temu, co wielu rodzicom się wydaje – ani lepsze lub gorsze liceum, ani średnia na świadectwie czy nawet na maturze wcale nie determinuje naszego życia. Ono może być szczęśliwe, nawet jeśli skończy się gorsze liceum, a na świadectwie będzie się miało trójki i mierne. I wystarczy przyjrzeć się znajomym z czasów liceum, żeby to dostrzec. Wyniki w nauce nie zawsze przekładają się na dalsze życie.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: