Pomniki milczą, lecz uczą przez wieki. Historia opowiedziana monumentem

Czułem się jak spuszczony z łańcucha, jak „komandos Żołnierzy Wyklętych”, rzucony poza granice Polski do Ameryki w jednym celu: pokazania Ameryce, światu poprzez moją twórczość prawdy o narodzie polskim – mówi rzeźbiarz Andrzej Pityński. Rozmawia Jakub Augustyn Maciejewski


Co czuje 27-letni artysta-rzeźbiarz, który z polskiej prowincji zanurzonej w komunizmie staje na progu Nowego Jorku?
Zapach wolności, sukcesu, walki! Czułem się jak spuszczony z łańcucha, jak „komandos Żołnierzy Wyklętych”, rzucony poza granice Polski do Ameryki w jednym celu: sprawdzenia się i pokazania Ameryce, światu poprzez moją twórczość prawdy o narodzie polskim. Marzyłem, by pokazać prawdę o historii, która była i jest zakłamana, ukrywana i niszczona.

Ameryka Pana fascynowała?
Od zawsze. Od pierwszego momentu mojej obecności w Nowym Jorku, stolicy międzynarodowej sztuki, zrozumiałem, że jestem inny, że wartości, które w sobie noszę, są tylko moje i niepowtarzalne. One wyrosły z mojego doświadczenia i z historii mojej rodziny. Ameryka dała mojej twórczości skrzydła, mogłem wreszcie oddychać pełną piersią. To, co było niewykonalne w Polsce, w Ameryce stało się możliwe i lotne w swojej wymowie. Mogłem współzawodniczyć z najlepszymi, mogłem stać się najlepszym. Mistrzem nikt się nie rodzi, do mistrzostwa dochodzi się pracą i uporem.

W Pańskich pierwszych pomnikach jest jakaś nuta rezygnacji – Partyzanci mają opuszczone ramiona, Mściciel czeka na swój czas… Z jakiej potrzeby powstały te dzieła?
To był czas czekania. Będąc na ASP w Krakowie (1968–1974), ukrywałem moją przeszłość. Rzeźbiłem, rysowałem, trenowałem judo i jeździłem konno. Był czas na dziewczyny i studenckie szaleństwa, ale to, co się we mnie krystalizowało i kipiało, było nie do zaakceptowania w tamtej Polsce. Żołnierze Wyklęci, Katyń, Rzeź Wołyńska, ubecki, stalinowski terror, który przeszedłem wraz z...
[pozostało do przeczytania 61% tekstu]
Dostęp do artykułów: