Coś się jednak stało

Widok „polskich orłów” unikających gry i dbających o to, by reprezentacja Japonii nie została przypadkiem ukarana żółtą kartką, jest wymownym podsumowaniem żenady, jaką zafundowali nam piłkarze podczas wchodzącego właśnie w finałową fazę mundialu w Rosji.


Przyznam się Państwu – całą drugą połowę meczu Polski z Japonią przespałem. W obliczu piłkarskiej nudy uciąłem sobie drzemkę. Gdy się obudziłem, z radością skonstatowałem, że „jednak honor obroniono” – wynik 1:0 dla nas mógł na to wskazywać. Z początku nie rozumiałem więc, skąd na portalach społecznościowych pojawiły się całe watahy psów powieszonych na piłkarzach Adama Nawałki. Dopiero któryś z „życzliwych” wytłumaczył mi, że choć wygrali, to w stylu najgorszym z możliwych. Obraz trenera Adama Nawałki, sugerującego jednemu z Polaków, by symulował kontuzję tylko po to, aby na boisko mógł wejść Jakub Błaszczykowski, przejdzie do historii żenady. Podobnie jak gra piłkarzy z Kraju Kwitnącej Wiśni: długie minuty podających piłkę do siebie, jak na przedmeczowym rozruchu. Wszystko po to, by nie dostać przypadkiem żółtej kartki i tym samym nie przegrać w klasyfikacji fair play z Senegalem. Dość to specyficzne podejście do tej idei.
„Kadra Nawałki grała dziś mecz o honor i choć padł wynik 1:0, to niestety o żadnym honorze mowy być nie może. Nie widać go, bo reprezentanci na niego nasrali i narzygali, a potem zakopali sto metrów pod ziemią, a co za tym idzie: pokazali nas jako naród cwaniaków, tchórzy i nieudaczników” – napisał po meczu z Japonią w jednym z felietonów Wojciech Kowalczyk, były reprezentant Polski. Słowa „Kowala” są dość mocne, ale trudno nie szukać dla nich zrozumienia.

Wróciły koszmary
Wraz z powrotem naszych piłkarzy nad Wisłę wrócą pytania o kondycję fizyczną i moralną reprezentacji, która jeśli nie miała zdobyć Pucharu Świata, to przynajmniej dostarczyć garści emocji innych niż te, które pchnęły mieszkańca Piły do wyrzucenia telewizora przez...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: