Na pewno się nie przejmują? Na słynnej uliczce Khao San

Obserwując wzajemne stosunki „pilnujących” porządku policjantów i puszczających w ich kierunku porozumiewawcze spojrzenia sklepikarzy, dochodzę do wniosku, że tutaj widocznie tak musi być.

– Ej, ty! Dziewczyno! Do ciebie mówię! Nie widzisz kartki?! Zakaz fotografowania! –mężczyzna wybiega prosto na spowitą blaskiem latarni uliczkę do spacerującej po niej białej turystki.
– Ale... Przecież robię tylko zdjęcie ulicy... – przerażona dziewczyna szuka wytłumaczenia.
– Tak, tak… „Ulicy, ulicy...” – agresywny sklepikarz zaczyna przedrzeźniać wystraszoną ofiarę. – Pokaż lepiej aparat, zobaczymy, jaką to ulicę sfotografowałaś.
Pogodzona z losem turystka pokornie wyciąga dłoń, prezentując na aparacie wszystkie zrobione w ostatnim czasie zdjęcia. Niestety, wśród nich jest także stoisko, o które tu chodzi. Sklepikarz kasuje wybrane fotografie. Całe szczęście, że zajęty kłótnią nie zauważa mojego aparatu. Schowanego za straganowym winklem. Pstrykam pośpiesznie zdjęcie i jak gdyby nigdy nic, ruszam dalej. Mam to ujęcie.

Obejrzę je jednak dopiero w moim hostelowym pokoju. Co na nim wtedy zobaczę? Na przykład baner z wystawionymi nań fałszywymi dokumentami. To tylko poglądowe próbki. Znajdziemy wśród nich niemal wszystko. Belgijski dowód osobisty. Malezyjskie prawo jazdy. Legitymację fotoreporterską ze Sri Lanki. Jest w czym wybierać. Wszystkie fałszywki łudząco podobne do oryginałów. Wystarczy przynieść siedzącemu na plastikowym krzesełku obok panu fotografię twarzy, podpisać się w wybranym miejscu i poczekać. Zwykle jakieś 30 minut. Po tym czasie możemy już odebrać pięknie zalaminowany dokument.
Pytanie: czy bezpiecznie będzie się nim posługiwać? Patrząc na otaczającą mnie w tej chwili rzeczywistość, podejrzewam, że tutaj w Tajlandii z pewnością tak, skoro nieopodal nas maszeruje dwójka policjantów i z turystycznym zainteresowaniem ogląda wystawę fałszywek.

Idę dalej za mundurowymi. Wchodzimy na słynną...
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: