Futra, których nie da się lubić

Dlaczego tak nie lubisz tych ferm norek? – to pytanie zadawano mi setki razy w ciągu ostatniego roku. Tymczasem odpowiedź jest bardzo prosta. Nie mam ich za co lubić. Futra kojarzą mi się ze sznytem PRL-owskich aparatczyków, gdzie ambasadorem marki może być Maria Kiszczak. Przedsiębiorcy, których poznałem, to głównie zbiór przesadnie pewnych siebie, pozbawionych skrupułów ludzi, którzy nie mają problemów z posługiwaniem się groźbami lub kłamstwem oraz są przekonani o swojej wyższości.

To ta buta kazała im naigrawać się z polskiego prawa i tysięcy zwykłych Polaków na etapie tworzenia własnego imperium. Okazuje się, że nawet jeśli chodzi o wpływy podatkowe, to nie mam ich za co lubić. Tak się bowiem składa, że mamy najświeższe dane podatkowe dotyczące branży. Jak się okazuje, sumując płacony przez futrzarzy podatek dochodowy od osób fizycznych i prawnych z podatkiem VAT, to wychodzi, że Polska ma w tym bilansie ponad 30 mln zł straty. Tak, proszę Państwa. Najprostszy z możliwych rachunek mówi jasno, że na tej „podbijającej świat” branży mamy jako społeczeństwo w plecy 30 mln zł. Oczywiście ktoś powie, że to trafia do rodzimych przedsiębiorców, którzy zatrudniają i wydają pieniądze w Polsce. To prawda. Nawet wiem, gdzie to robią. Głównie w mediach i agencjach public relations. Za robienie ludziom wody z mózgu też ich zresztą niezbyt lubię. Nie widzę więc osobiście powodów do radości z faktu, że ustawa o ochronie zwierząt trafiła do zamrażarki. Śmierdzący i uderzający w zwykłych ludzi biznes nadal będzie się kręcił. Bez żadnej kontroli i standardów, za to pod osłoną propagandy i politycznego wrzasku. Sprawiedliwe Bóg zapłać dla wszystkich, którzy się do tego przyczynili.

 
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: