Potęga wyrosła ze slumsów. Miasto w ogrodzie

Skrzyżowanie świata, miasto lwa, chłosty i wszystkich najważniejszych banków świata. Singapur – miejsce, gdzie egzotyka przecina się z europejskim sznytem i wielkością w iście amerykańskim stylu.

Oddajmy głos historykom: „Singapur był sceną najbardziej upokarzającej klęski Wielkiej Brytanii. Był źle zarządzany, nękany przestępczością i – jak mówiono – pełen gangów, złodziei, prostytutek i łazęgów. Dzielnica portowa była slumsem, mimo że działał port handlowy, położony naprzeciw wyspy Sentosa, a Royal Navy miała tu największy w imperium brytyjskim suchy dok. Ale złamano ducha Singapuru. To było miejsce, gdzie marynarze schodzili na ląd, żeby się zabawić i zapomnieć”. To cytat z książki Normana Daviesa „Na krańce świata”.

Egzotyka z górnej półki
Wstęp poczyniony przez przytoczenie znanego historyka jest może i mało zachęcający, jednak konieczny, by pokazać kontrast. Dziś bowiem Singapur nie ma nic wspólnego z azjatyckim lupanarem, jakim widzieli go dobijający do tego krańca południowo-wschodniej Azji jeszcze niecałe osiem dekad temu, kiedy 9 sierpnia 1965 r. ogłoszono niepodległość od Wielkiej Brytanii i Malezji. Dziś kraj kojarzony jest z niskimi podatkami, wysokimi cenami i drakońskimi karami nawet za akceptowalne w Europie wykroczenia. Kara śmierci za przemyt narkotyków, setki, a nawet tysiące dolarów za śmiecenie, plucie i palenie w miejscu publicznym. Zakaz paradowania nago nawet we własnym pokoju hotelowym – to tylko niektóre z przepisów, które mogą zaskakiwać turystę przybywającego do Singapuru. Jeśli dodamy do tego zakaz posiadania (!) papierosów elektronicznych i rozmów o religii (które mogą kogoś urazić), może nam się odechcieć przylatywać do tego położonego przecież na drugim końcu świata kraju. Tym bardziej jeśli uświadomimy sobie, że kraj jest 435 razy mniejszy od Polski, nie ma w nim stałych rzek, a najwyższy szczyt wynosi 162 m n.p.m. No ale z drugiej strony PKB Singapuru jest imponujące –...
[pozostało do przeczytania 62% tekstu]
Dostęp do artykułów: