Modlitwa w Houston

Obok na chodnikach stali Amerykanie: starsze małżeństwo, kobieta, która przyszła, by dziękować Bogu za to, że nie uległa mężowi, który namawiał ją do aborcji, grupy (kilkudziesięcioosobowe) uczniów z katolickich szkół. Wszyscy zjednoczeni na modlitwie. Ktoś grał na rogu, inni odmawiali różaniec, jeszcze inni śpiewali rytmiczne religijne pieśni i wznosili ręce ku Bogu. Ale cel był jeden: wybłagać u Boga – w czasie czterdziestu dni Wielkiego Postu – ratunek dla jak największej liczby dzieci i kobiet. Naprzeciw modlących się stali wolontariusze Planned Parenthood. Kilka osób w żółtych kamizelkach. Oni mieli nie dopuszczać, by modlący się przeszkadzali kobietom zmierzającym na aborcję, i pilnowali, by projalferzy nie zbliżali się za bardzo pod klinikę. Byli zwyczajni. Starszy, szczupły mężczyzna we flanelowej koszuli i w kapeluszu, w który wpiął sobie purpurowy kwiatek, szczupła – na oko czterdziestoletnia – kobieta czy dwie uśmiechnięte, młode i ładne Murzynki (a warto pamiętać, że dwie
     
27%
pozostało do przeczytania: 73%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze