Po drugiej stronie laterytowej ścieżki. Szukając raju

Czyli jednak istnieją jeszcze takie miejsca! Nietknięte przez turystyczną infrastrukturę. Pocztówkowy raj z dziewiczym piaskiem i rozbujanymi palmami pełnymi kokosów. Inkarnacja dziecięcej fantazji o tajemniczych wyspach tropików z wizją plaży, na której piraci składowali swoje skarby.

Chyba nie ma wśród nas nikogo, kto by nie marzył o spędzeniu choćby jednego dnia w idyllicznie wyobrażonym świecie. Świecie, w którym za pejzaż robią: szmaragdowa woda, drobny, biały niczym papier, piasek i cień łagodnie nachylonej palmy kokosowej. Słowem: nadmorski raj. Na wyłączność i bez tłumów.

Ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że takie miejsce naprawdę istnieje. Nie będzie nim ani tajlandzki Phuket z imprezami techno na plaży, ani meksykański Cancun z tłumami turystów wracających na plażę z odwiedzin ruin Copan. Wspomnianych miejsc, o których tak często śnimy, jest prawdopodobnie całkiem niemało. Udało mi się odkryć jedno z nich – w dalekiej Tajlandii.

Zanim dokonałem tego odkrycia, musiałem przejść przez nie lada szkołę. Może nie życia, ale na pewno męskiej pokory.

– A masz w ogóle prawo jazdy? – zapytała mnie nieufnie pani wypożyczająca skutery.
– Jasne! – odpowiedziałem buńczucznie.
– To pokaż, jak sobie radzisz, mądralo.

Pewny siebie wsiadłem na wyznaczonym do jazdy próbnej egzemplarzu. Oczywiście nikomu nie zdradziłem, że to mój pierwszy raz. Odpaliłem silnik i skuter niemal uciekł mi spod siedzenia. Pędził coraz szybciej. A ja nie potrafiłem go zatrzymać! Naciskałem wprawdzie hamulec, ale z tego przejęcia zupełnie zapomniałem odpuścić lewą rękę. Tę odpowiedzialną za gaz. Z każdą sekundą mój wehikuł przyspieszał coraz bardziej. Nagle wyłoniła się przede mną witryna sklepowa. Co robić? Decyzja mogła być tylko jedna. Nazywają to „kontrolowanym upadkiem”. „Kontrolowanym”? Zdarte do kości kolano, obite biodro, krwawiący łokieć. Tę panią z wypożyczalni musiałem więc jeszcze troszkę przekonywać...
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: