Sztokholmski nokaut. Gazprom bije na oślep

Najdroższy w historii handlu międzynarodowy arbitraż wygrał Naftohaz Ukrainy. Straty Rosjan mogą być jednak dużo większe niż kilka miliardów dolarów. Sposób, w jaki Gazprom reaguje na sądową porażkę, może go kosztować nawet Nord Stream 2 – choć niemieccy przyjaciele Moskwy bardzo się starają, by ten rurociąg powstał.



Gazprom nigdy nie kierował się kalkulacjami czysto ekonomicznymi. Zawsze było to – na pierwszym miejscu – narzędzie polityki państwa rosyjskiego. Zachowanie koncernu po porażce przed międzynarodowym arbitrażem tylko to potwierdza. Być może kryją się za tym jakieś krótkoterminowe polityczne kalkulacje. Ale generalnie punktów w Europie Gazpromowi to nie przysporzy. Ma to też swoje dobre strony. Czas, aby lobbyści i wspólnicy rosyjskiego koncernu zrzucili maski. Po tym, co się stało na przełomie lutego i marca, nie da się już bronić koncepcji Nord Stream 2 z czysto biznesowych pozycji. Jeśli Niemcy nadal będą chcieli gazowo uzależniać się od Rosji, to znaczy, że godzą się i pochwalają kremlowską politykę. Politykę szantażu, brutalnych gróźb i swoistego postrzegania mechanizmów rozwiązywania sporów, które najlepiej określa znane powiedzenie ze znanego filmu: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Złe kontrakty
Wygranej Naftohazu można było się spodziewać. To raczej jej skala tak rozwścieczyła Rosjan. Gazprom nie spieszy się z realizacją orzeczenia, na dodatek zaskoczył Ukraińców, odmawiając wznowienia dostaw surowca. Co więcej, zapowiada wycofanie się z kontraktów na dostawy i tranzyt gazu przez Ukrainę, które powinny obowiązywać jeszcze do końca 2019 r. To sygnał także dla innych biznesowych partnerów Gazpromu, jak wielkie ryzyko wiąże się z interesami z Rosją. Powody do niepokoju powinni mieć ci, którzy również prowadzą spory arbitrażowe z Gazpromem – choćby PGNiG. Polski koncern od początku jest przekonany, że wygra. Ale przypadek Naftohazu pokazuje, że...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: