Złamana omerta

„Nie licz na wdzięczność za to, co już uczyniłeś dla ludzi. Musisz sprawić, by byli wdzięczni za to, co uczynisz dla nich w przyszłości”. Ta zasada z jednej z książek o mafii doskonale pasuje do obecnego kryzysu w Platformie Obywatelskiej. Powiem szczerze, że przez lata podziwiałem sprawnie funkcjonującą maszynkę, którą była PO.

Najbardziej zastanawiająca była wewnętrzna solidarność tego biznesowo-towarzyskiego układu. Przez lata nikt nie puszczał pary z ust. Oszukiwani przedsiębiorcy nie interweniowali, bo wiedzieli, że to walka z wiatrakami, na której można tylko stracić. Wewnętrzne spory w PO były tak sprawnie wyciszane, że partia stanowiła bezideowy monolit. Wydawało się, że ugrupowanie ludzi, których łączył jedynie wspólny biznes, musi się rozpaść w momencie przegranych wyborów. Tak się jednak nie stało. Partia nadal zachowywała jako taką spójność. Ostatnio coś się jednak zaczęło dziać. Niezadowoleni ludzie PO przemówili. Złamana została zasada omerty. Okazuje się, że można Grzegorza Schetynę nazwać „cinkciarzem spod Pewexu” i nie ponieść z tego tytułu konsekwencji. Będzie to nawet politycznie się opłacało. Każdy racjonalnie myślący obserwator sceny politycznej już wie, że PiS nie jest tymczasowym zjawiskiem. Nie da się go zniszczyć jednym tupnięciem nogi niezależnie od tego, czy będzie się tupać na ulicach Warszawy, czy na salonach w Brukseli. Dziś wykrwawiona Platforma nie ma już nic do zaoferowania, a jej poparcie może być tylko obciążeniem. Bo czy ktoś sobie wyobraża, że zdjęcie z Grzegorzem Schetyną, Sławomirem Neumannem czy Joanną Muchą to jakikolwiek plus w kampanii wyborczej? To już lepiej sfotografować się z misiem na Krupówkach lub oryginałem Shreka na deptaku w Mielnie. 

 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: