Operacja odklejania Dudy

Od miesięcy trwa proces odklejania prezydenta Andrzeja Dudy od obozu PiS. Opozycja, w tym ich intelektualne zaplecze ze służb specjalnych, wie, że nie jest w stanie wygrać z obozem „dobrej zmiany”, jeżeli nie doprowadzi do jego fragmentacji.

Niczym wataha wilków, wybrała najsłabsze sztuki stada i postanowiła na nie przenieść całą presję. O ile Jarosław Gowin wytrzymał tę próbę, to jednak prezydent dał się złamać, blokując reformę sądownictwa. Mierząc się od miesięcy z presją, z której prawica się śmiała, a która robiła z niego Adriana ‒ pękł. Wystraszył się świeczek pod Sądem Najwyższym. Ataków mediów i zagranicy. Front został złamany. Prezydent, utrzymywany w kursie wybijania się na niepodległość przez doradców, nadal się uniezależnia i nadal cofa się przed „Salonem” myśląc, że sam jest na tyle podmiotowym środowiskiem, iż da sobie radę. Nie widzi, że pozwolił wbić klin między siebie a PiS. W przestrzeń tę od razu wchodzą politycy, którzy chcą, aby znów było, tak jak było. I nagle Donald Tusk postanawia przyjąć zaproszenie prezydenta Dudy na obchody 11 listopada. Zadufany w sobie Pałac, w którym podzbiór ludzi najmądrzejszych na świecie ma wyjątkowo liczną reprezentację, z pewnością jest z siebie dumny uważając, że jego pozycja rośnie. Tymczasem nie widzi, że ludzie z dołu, elektorat, postrzega to tak jak stukanie się kieliszkami w Magdalence albo wsiadanie Moniki Olejnik do samochodu Jerzego Urbana. AmberTusk, chowający katastrofę smoleńską pod dywan, razem z PAD na uroczystościach. Co dalej? Wspólny opłatek i śpiewanie kolęd? To oczywiście proces odklejania i przyswajania do „Salonu” prezydenta Dudy. Już przestał on być Adrianem. Wszystko przed nim. Jeśli pojedzie drogą wytyczoną przez „Salon”, w końcu dojedzie do przystanku „zdrajca”. 


 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: