Berlin, siedlisko żmij!

Gros szpiegowskich thrillerów szanuje ustalenia Le Carre. Chodzi o upodabnianie się wrogów, bliskość ludzi po obu stronach frontu służących podobnej misji, co skazuje ich na zaciekłość, zdradę, ale i współpracę. Jedni i drudzy do bólu instrumentalni, wysyłają swoich na stracone pozycje, uprawiają kamuflaże, nie odróżniając bohaterów od zdrajców.

Tak jest w „Atomic Blonde”. Agentka MI6 (Theron) przybywa do Berlina jesienią 1989 r. podczas upadku muru. Lud wiwatuje na ulicach, strzelają korki od szampana, za kulisami gorączkowe przetasowania. Trwa wojna agentów, którzy muszą się przepoczwarzyć, przenieść życie i informacje w nowe czasy. Ginie zastrzelony agent, kochanek bohaterki, i teraz ten Bond w spódnicy, jeszcze bardziej dynamiczny i sprawny niż męski oryginał, ma znaleźć mordercę, utracone dane, posprzątać po zdrajcach, odtworzyć kontakty. Naszą obsesję lustracyjną żywią, jak widać, również Amerykanie.

Berliński mur ukradł, niestety, polskim stoczniom miano symbolu Wolności. Mentalność nazistowska i bolszewicka połączyły się w figurze NRD-owskiego funkcjonariusza, dając czyste zło – prawdziwego Vadera popkultury. Ostatnio widzieliśmy takiego w „Moście szpiegów” Spielberga. Nasi polityczni przebierańcy nie mieli takiej siły wyrazu.

A jest jeszcze Theron, film eksponuje ją bez umiaru w scenach pojedynków i salonowych konwersacji. Także wtedy, gdy jako poobijana piękność koi siniaki w lodowych kąpielach. Ale aktorka szpanuje, robi marsowe miny, popada w manierę. Wolałem ją w mądrzej rozegranych dramatach, niekoniecznie w kinie klasy A. W ostatnim „Mad Maxie” jako znużona Furioza, zdolna do walki, ale już nie miłości, była lepsza.

Film ma parę zakończeń, jakby żal było jednej wersji, opadaniu kolejnych masek towarzyszy więc suspens i zamęt. Widz nie jest pewny swego do ostatniej minuty.


ATOMIC BLONDE
David Leitch
USA 2017
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: