Smoleńsk i złość

„Trochę mamy problem z ciocią. Bardzo przeżywa ten czas. To matka, dla niej rany się nie zabliźniły nic a nic. Będzie dobrze. Prawda jest najważniejsza”. SMS o takiej treści dostałem od zaprzyjaźnionej osoby, bliskiej krewnej matki oficera, który 10 kwietnia 2010 r. zginął pod Smoleńskiem.

Mam swoje lata, jestem długo w polityce, a to obszar, w którym emocje trzyma się raczej na wodzy, ale, nie powiem, poruszyła mnie ta wiadomość odczytana z telefonu komórkowego. Bo ekshumacje to przecież nie tylko problem odpowiedzialności sprzedajnych (Rosji) polityków, ale to też ludzkie tragedie. To matki – jak w tym przypadku – ojcowie, mężowie, żony, dzieci, wnuki, którym bezduszny poprzedni rząd funduje przeżywanie tego osobistego dramatu po raz kolejny. Nic nie wiemy o ich nieprzespanych nocach, o wylanych łzach, o niewykrzyczanym żalu do Pana Boga, świata i ludzi. Politycy PO dziś wielkimi susami uciekają od poniesienia odpowiedzialności za swoją praktyczną kolaborację z Moskwą, i jeszcze w czasie tej panicznej ucieczki obrzucają błotem tych, którzy bronią czci poległych pod Smoleńskiem. I w ogóle nie chcą myśleć i ani mówić o takich właśnie „zwykłych”, indywidualnych tragediach. A jeśli miłosierdzie Pana Boga jest mniejsze niż czasem myślimy i ci politycy jednak trafią do piekła, to właśnie przez krzywdy wyrządzone tym ludziom, a nie tylko – i może nie głównie – przez krzywdy wyrządzone Polsce.

Nie piszę za często o Smoleńsku, ale tym razem miarka się przebrała. Mój najbliższy współpracownik wspomina, jak na Wielkanoc AD 2010 zadzwonił doń jeden z generałów z zaproszeniem na grilla, tydzień po jego podróży do Rosji. Delegacja do Katynia miała być ostatnią podróżą służbową owego generała, który 20 kwietnia 2010 r. miał... przejść na emeryturę. Jego żona przez siedem godzin stała w prosektorium przy stole sekcyjnym. Wytrzymała. Twarda kobieta. W trumnie jej męża znaleziono części ciała kilku osób. Wdowa po generale uważa to, jak...
[pozostało do przeczytania 22% tekstu]
Dostęp do artykułów: