Kali, Emmanuel i „Emmanuelle”

Jak Kali ukraść krowę – to dobrze, ale jak Kalemu krowę ukradną, to bardzo, bardzo źle. Nieśmiertelny Murzynek Kali, bohater powieści „W pustyni i w puszczy” pierwszego noblisty w polskiej literaturze, Henryka Sienkiewicza, mógłby być – zaprawdę powiadam wam ‒ patronem opozycji.

Gdyby Kali żył w dzisiejszych czasach (mógłby się w niego wcielić były poseł Platformy Obywatelskiej, a potem partii Gowina ‒ z Nigerii i Łodzi, pastor John Godson), na pewno by głośno krzyczał o zdjęciu Donalda Tuska w niemieckim, narodowo-socjalistycznym mundurze ze swastyką, na Facebooku polskiej konsul honorowej w USA, ale jeszcze głośniej by milczał o opozycyjnym pośle Grzegorzu Furgo, który w hitlerowski mundur „ubrał” Jarosława Kaczyńskiego.

To proste: ktoś za kulisami wciska, kiedy trzeba, guzik z napisem: „Oburzenie”, a kiedy nie trzeba, znajduje inny przycisk z napisem: „Drobiazg niewarty uwagi” i deklaruje wszem i wobec: „To nieistotne”.

Za granicą, ledwie godzinę i 20 minut szybką koleją TGV od Brukseli, w której piszę te słowa, wszystko przebiega zgodnie z nową, świecką tradycją: Paryż jest jednak przewidywalny do bólu. Francuska arogancja ma charakter absolutnie ponadpartyjny. Jest coś, co łączy klasę polityczną V Republiki: spektakularne pokazywanie, że inne nacje ma się gdzieś. No, może poza niemiecką. Żabojad Jacques Chirac mówił cały w nerwach: „I Polska nie skorzystała z okazji, aby siedzieć cicho” (sic!). Upłynęło nieco wody w Sekwanie i Loarze, a jego lewicowy następca François Hollande, żegnając się z woli francuskich wyborców ze swoją prezydenturą, w „mojej” Brukseli bełkotał do polskiej premier: „Wy macie zasady, a my – fundusze”. Teraz polityczne dziecko Hollande’a, jego były wiceszef administracji Emmanuel Macron, bredzi do sześcianu, wszak paryska tradycja opowiadania banialuków przez VIPy w Paryżu musi być kontynuowana. Nie wiem, czego się nawąchał pan Emmanuel, ale jak będzie już w Pałacu Elizejskim, powinien...
[pozostało do przeczytania 20% tekstu]
Dostęp do artykułów: