Męka – dwa tysiące lat później. Zapach świętości

– Abba! Abba! – wykrzykuje pięcioletni chłopczyk. Na głowie ma czarny kapelusik. Spod cylindra wystają wciąż jeszcze króciutkie, ciemne pejsy. Inteligentne piwne oczy bacznie lustrują otocznie. Chłopiec od kilkunastu sekund w panice biega między straganami. Najwidoczniej się zgubił. Szuka ojca. – Efo ata (Gdzie jesteś – hebr.)? Abba…

Wreszcie do malca podbiega jakiś mężczyzna. Ciemnogranatowe spodnie, czarna marynarka. I podobnie jak u chłopca, ciemny kapelusz przysłaniający brwi. Z tą tylko różnicą, że pejsy mężczyzny są już znacznie dłuższe niż synka. Bierze chłopca w ramiona. Są już razem.
Wczoraj, dwa dni po moim przybyciu do Izraela, w jednej z bram Jerozolimy muzułmanin zabił nożem ortodoksyjnego Żyda. Następnego dnia w gazetach pojawiły się tylko krótkie notki o zdarzeniu. Do tego typu zamachów nikt tu nie przykłada większej wagi. Jednak w jerozolimskim labiryncie co i rusz mijam kilkuosobowe oddziały uzbrojonych po zęby wojskowych. Gdyby dzieciak faktycznie się zgubił, taki oddział odnalazłby go w kilka chwil. A o zgubienie się w labiryncie żydowskiego bazaru wcale nietrudno. Pamiętam wczorajszy wieczorny spacer, gdy nie miałem pewności, gdzie skręcić, aby dojść do Bazyliki Grobu Pańskiego. Aby tam trafić, trzeba wpierw pokonać gąszcz straganowych alejek, teraz – w południe szczelnie wypełnionych ludźmi. Są turyści, pielgrzymi, są też sklepikarze zaczepiający przechodniów. Nie oszczędzą nikogo. – My friend. Święte oleje? Mirra? Nard? Róża Szaronu? – zagaduje brodaty Żyd.
– Po ile? – przystaję.
– Trzy dolary za buteleczkę. To te same oleje, którymi smarowano ciała zmarłych.
– Chrystusa też? – pytam, lecz nie otrzymuję odpowiedzi.

Tłum pod pałacem
Zmiana scenerii. Lata 30. tzw. nowej ery. W miejscu, gdzie za ponad 2000 lat będę kupował święte oleje, nie ma jeszcze targowiska. Jest za to pusta ziemia. Raz na jakiś czas przejdzie tędy człowiek prowadzący osła. Idzie do...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: