Nie boimy się?

Po ataku na Westminster Bridge świat wstrzymał oddech. Jednak prawdziwy wstrząs przeżyli londyńczycy będący blisko wydarzeń.

Niektórzy z nich siedzieli dość długo zamknięci w awaryjnie zatrzymanym diabelskim młynie nad brzegiem Tamizy i stamtąd patrzyli bezradnie na wydarzenia dziejące się niżej. Inni byli przeszukiwani przez brytyjskie służby na pokładach barek sunących rzeką. Ciekawe obrazki z tych akcji pokazały niektóre telewizje. Oto pojawili się tam ubrani na czarno antyterroryści, którzy z bronią gotową do strzału wchodzili do wnętrza turystycznych, przeszklonych kabin. Przerażeni pasażerowie kładli ręce na głowę jak podejrzani. Strach, panika, szok – wśród dzieci, rodziców, wycieczek szkolnych, starszych ludzi. A potem fala tego strachu rozlała się po całej Europie i świecie. Na fejsbukach i portalach, w newsach i w gazetach. Wypowiedź Teresy May o tym, że Wielka Brytania „się nie boi” – powtarzana w kółko – miała dać poczucie mocy. Ale brzmiała jak zaklęcie – „chcemy, byście uwierzyli, że się nie boimy”. Bo prawda jest taka, że Europejczycy się boją. Nie pomogą słowa premierów ani urocze malowanki kredkami na asfalcie z hasłem „Nie boimy się”. A właśnie strach powinien być naturalną reakcją. Odwaga to nie brak odczuwania lęku, lecz umiejętność pokonania go. Tak powinien wyglądać naturalny ciąg reakcji Europy – strach przed unicestwieniem przez agresywną cywilizację, następnie odwaga potrzebna do przyjęcia odpowiedniej postawy i usilna praca nad zlikwidowaniem zagrożenia. Tymczasem dziwnym rodzajem szaleńczej „odwagi” charakteryzują się elity europejskie pod „światłym” przewodem Niemiec. Krzyczą: „Nie boimy się!” i otwierają drzwi kolejnym falom imigrantów.

 
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: