Putin „przykręca śrubę”?

Klasyczny scenariusz

Krwawa łaźnia, nierozpoznawalne szczątki zamachowca-samobójcy, przecieki o „czeczeńskim śladzie”, fala współczucia ze strony Zachodu, twarde deklaracje władzy, odwet na mieszkańcach Kaukazu Północnego, zaostrzanie reżimu wewnętrznego. Ten scenariusz powtarza się w każdej takiej sytuacji w putinowskim państwie. Podobnie było i teraz. Zaraz po zamachu „anonimowi przedstawiciele organów ścigania” przekazali agencjom informacyjnym informacje, że tego ataku się spodziewano. Na pierwszy rzut oka wydaje się to uderzeniem w nieskuteczne służby i władzę ogólnie, która „wiedziała, ale nie zapobiegła”. W rzeczywistości chodziło o narzucenie od razu „wersji czeczeńskiej” zamachu. Najpierw RIA Nowosti, a za nią media na całym świecie napisały, że organa ścigania były uprzedzone o planowaniu zamachu przez trzy osoby. Niedługo potem Interfax podał, że zamach na Domodiedowie miał związek z przypadkową eksplozją w domu w południowo-wschodniej Moskwie 31 grudnia. Zginęła wtedy kobieta z Czeczenii – prawdopodobnie podczas konstruowania ładunku wybuchowego. Mąż kobiety, członek podziemnej grupy, został aresztowany i wskazał milicji towarzyszkę swojej żony. Kobieta ta została później aresztowana w Wołgogradzie i zeznała o trzech Czeczenach, którzy przygotowywali zamach. Zostały wydane nakazy aresztowania. W połączeniu z informacją, oficjalną, że kamery zarejestrowały trzech podejrzanych mężczyzn, już 2–3 godziny po zamachu główna teza została rozpowszechniona w Rosji i na świecie: zamachu dokonali Czeczeńcy. Oczywiście, żeby zamknąć tę dezinformacyjną grę, już późnym wieczorem milicja moskiewska zdementowała anonimowe doniesienia, jakoby władze wiedziały wcześniej o zbliżającym się zamachu. Zadbano o obronę służb przed zarzutem nieskuteczności, a przekaz o czeczeńskim tropie i tak poszedł w świat.

Oczywiście ta dbałość putinowskich służb o odpowiedni obraz sytuacji nie wyklucza tego, że zamachu faktycznie dokonał ktoś...
[pozostało do przeczytania 57% tekstu]
Dostęp do artykułów: