REM beszta naczelnego wrocławskiej „Wyborczej”

W grudniu 2006 r. żona i dziecko Dawida Jackiewicza zostali zaatakowani przez pijanego mężczyznę, który bez żadnego powodu szarpał malucha. Zaczęło się w autobusie, a gdy Anna Jackiewicz wysiadła na przystanku, napastnik ruszył za nimi. I ponownie rzucił się na chłopca. Nie wiadomo, jak to by się skończyło, gdyby nie interwencja postronnych osób.

Anna Jackiewicz zadzwoniła do męża i opowiedziała, co się stało. Poseł PiS natychmiast przyjechał. Gdy wracali do domu, zauważyli awanturnika stojącego na pętli autobusowej.

Jackiewicz zatrzymał samochód, poprosił kierowcę autobusu o wezwanie policji, a sam podszedł do Zbigniewa M. W trakcie rozmowy kompletnie pijany mężczyzna (niemal trzy promile) zamachnął się, aby uderzyć Jackiewicza. Ten odruchowo odepchnął Zbigniewa M., który wywrócił się, uderzając głową w krawężnik. Obrażenia były poważne. Zmarł w szpitalu na początku stycznia 2007 r.

Sprawą zajmowała się prokuratura, która stwierdziła, że Jackiewicz działał w ramach obrony koniecznej. To stanowisko podtrzymał sąd, do którego odwołali się krewni zmarłego.

A jak tragiczne wydarzenia przedstawił Jerzy Sawka, redaktor naczelny oddziału „Gazety Wyborczej” we Wrocławiu?

„Miałem wątpliwości co do prawa do obrony koniecznej, gdyż Jackiewicz nie odpierał bezpośredniego ataku na swoją rodzinę. On działał z premedytacją, po upływie pewnego czasu dopadł i ukarał winowajcę. To była nierówna konfrontacja trzydziestoletniego wysportowanego byłego dżudoki z zamroczonym alkoholem starszym człowiekiem, zakończona śmiercią tego drugiego. (...) Chciałem wiedzieć, czy poseł rzeczywiście bronił się przed atakiem, czy po prostu dokonał linczu na Zbigniewie M.” – napisał w swoim komentarzu.

„Tak jak wtedy, tak i dziś uważam, że prokuratura powinna była skierować tę sprawę do sądu i powinien był odbyć się proces. (...) Gdyby wymiar sprawiedliwości stanął na wysokości zadania, a proces skończyłby się pomyślnie dla...
[pozostało do przeczytania 45% tekstu]
Dostęp do artykułów: