Japońskie umieranie w samotności

W Japonii mówi się, że najsmutniejszą pracę wykonują sprzątający po tych, którzy stali się ofiarami kodokushi, czyli umierania w samotności. Ekipa porządkująca, która trafia do domu zmarłego, zajmuje się usuwaniem gnijących czy zmumifikowanych zwłok, odkrytych dopiero po kilku tygodniach, a nawet miesiącach, i doprowadzaniem pomieszczeń do stanu używalności. Japonia to 127 mln obywateli, z czego jedną czwartą stanowią osoby powyżej 65. roku życia. W tym szybko starzejącym się społeczeństwie śmierć w samotności staje się coraz częstszym zjawiskiem

Matthew Bremner na portalu Roads and Kingdoms opisał przypadek mieszkającego w Osace Haruki Wanatabe, który zmarł na serce w wieku 60 lat. Haruki nie był osobą biedną, ale nie miał przyjaciół ani żony, a syn nie rozmawiał z nim od lat. W efekcie umierał sam, a jego ciało odkrył po trzech miesiącach właściciel domu, od którego wynajmował mieszkanie.
W 2012 r. w jednym z mieszkań w Tokio znaleziono zwłoki trzech osób – rodziców i syna. Umarli z głodu. W mieszkaniu nie znaleziono ani odrobiny żywności, tylko kilka butelek wody i monetę 1 yena (około 3 groszy).
Podobne przypadki miały miejsce w innych dużych miastach w Kraju Kwitnącej Wiśni, np. w Sapporo, Yokohamie czy Kushiro.
Z dala od rodziny
Według informacji japońskiego ministerstwa zdrowia, w 2013 r. miało miejsce 3,7 tys. przypadków kodokushi. Ale eksperci twierdzą, że takich incydentów jest rocznie co najmniej 10 razy więcej.
Większość osób umierających w samotności to mężczyźni – dzieci ery zwanej Japanese Dream (Japońskie Marzenie), kiedy to rozwijała się gospodarka Kraju Kwitnącej Wiśni, a oni budowali swoje kariery. Ale w latach 90. przyszedł kryzys ekonomiczny i wielu z nich zmieniło pracę na mniej dochodową i mniej stabilną. Utrata statusu była dla nich równa z utratą celu w życiu.
Istotną rolę odgrywa też rozluźnienie więzów rodzinnych. Kiedyś w japońskich domach mieszkały trzy pokolenia. Dziś,...
[pozostało do przeczytania 63% tekstu]
Dostęp do artykułów: