Duma i wstyd

Od dawna serc rodaków nie przepełniała taka duma, jak w trakcie przemówienia Andrzeja Dudy w ONZ. Po Obamie, a przed Putinem. Między zręcznym piarowcem a twardym politrukiem wystąpił mąż stanu!

Cóż za rekompensata za lata wstydu! 
Najpierw Bolek, potem Olek i wreszcie nieszczęsny Gajowy z Budy Ruskiej… Pamiętam konsternację w TVN, kiedy na pytanie, czy wstydzę się z powodu wicepremiera Leppera w rządzie, odrzekłem, że jest to pewien dyskomfort, ale znikomy w postaci tony wstydu, którą łykałem co dnia, mając przez 10 lat za prezydenta komunistycznego aparatczyka, co pewien czas ulegającego jeszcze  wirusowi filipińskiemu... I wreszcie jest zmiana! Słyszę i widzę piękną polszczyznę, kulturę, elegancję i mądrość.
Kiedy czułem się podobnie? Chyba w czasie pamiętnego wystąpienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA – tyle że wtedy był to sukces całej Solidarności, scenarzysty Bronisława Geremka i tłumacza Jacka Kalabińskiego.
Następne tak wielkie przeżycie to pamiętny wiec w Tbilisi i heroiczna oracja Lecha Kaczyńskiego. Niestety szybko zagłuszona chórem nienawistnych ataków. Z Dudą to się już nie udaje. Po wizycie w USA zaniemówili hejterzy, opluwacze, szkalownicy i kłamcy. Premier znikła, jej pluszak „Misiek” mógł tylko chwalić.
Zresztą po ciosie, jaki iluzjom medialnych szmondaków zadało wspomniane wystąpienie, przyszło dobicie. Nasz prezydent znalazł się przy jednym stole z Obamą i Putinem. (I nie można było tego nie pokazać!). W dodatku nie potrzebował pod tym stołem tłumacza ani suflerki za plecami (w rodzaju pani Jowity Kacik), mogących cenzurować co nie wybredniejsze żarty na temat bigosu czy prowadzenia się żon.
Dystans jak między żyrandolem z połową zepsutych żarówek a latarnią morską.
W ciągu dwóch miesięcy aktywność Dudy przekroczyła to, co jego poprzednik zrobił przez kadencję.
Mój prezydent prezentuje stanowczo polski punkt widzenia, odważnie (acz rozważnie) staje między możnymi świata, rysuje...
[pozostało do przeczytania 19% tekstu]
Dostęp do artykułów: