O, Nie!

Bring Me The Horizon to kapela, którą często zalicza się do gatunku metalcore. Ich najnowszy album „That’s The Spirit” pokazuje, że takie szufladkowanie nie ma obecnie większego sensu. Tam, gdzie pojawiają się duże pieniądze i chęć zysku, jedynym gatunkiem, jakiemu wierni są muzycy, staje się komercja

„That’s The Spirit” to najświeższa produkcja chłopaków z Bring Me The Horizon. Album pojawił się na rynku 11 września. Miesiąc wcześniej ukazał się singiel „Happy Song”, promujący to wydawnictwo. Tuż przed premierą udostępniono fanom także kawałek „Throne”. Jeśli przy zakupie płyty kierowalibyśmy się tymi dwoma kawałkami, to moglibyśmy się poczuć oszukani. Są to bowiem jedne z najostrzejszych utworów na płycie. Niestety, większość utworów nie jest tak mocna jak dawne hity tej grupy i fanom cięższego grania niekoniecznie muszą przypaść do gustu. Od 2004 r., kiedy w Sheffield narodził się pomysł na nową deathcore’ową kapelę i powstała pierwsza EP-ka „This Is What the Edge of Your Seat Was Made”, Bring Me The Horizon diametralnie zmienił swoje oblicze. Z mocnego deathcore’owego grania muzycy poszli w typowy metalcore, by ostatecznie skończyć na pograniczu pluszowego nu metalu i pop-rocka. Ich poprzedni krążek „Sempiternal” wydany w 2013 r. zasmucił wielu fanów ciężkich brzmień. Dla nich niestety „That’s The Spirit” okaże się jedynie potwierdzeniem kierunku, w którym poszła grupa. Jego wyznacznikiem jest wyjście poza typową dla metalowych nisz publikę i pozyskanie szerokiego odbiorcy, któremu ciężkie riffy gitarowe, surowe brzmienia i ostry wokal często przeszkadzają. Można odnieść wrażenie, że za muzycznymi wyborami Olivera Sykesa i jego kolegów stoi chęć dorobienia się większych pieniędzy i popularności. Niestety, odbywa się to kosztem muzycznej jakości i oryginalności. Nowy krążek grupy skrojony jest w taki sposób, aby znajdujące się na nim utwory były akceptowalne dla komercyjnych stacji radiowych. Ostatni kawałek na „That’s The Spirit”,...
[pozostało do przeczytania 58% tekstu]
Dostęp do artykułów: