Kwiatkowski pomalowany na Buro

Afera Burego i Kwiatkowskiego tym różni się od pozostałych, że jak żadna inna pokazuje, iż za rządów PO i PSL nie można było awansować na najważniejsze stołki w państwie bez dopuszczania się czynów narażających na prokuratorskie zarzuty. A jeśli na każdego ważnego decydenta były haki, to znaczyło, że ci, którzy trzymają w garści służby oraz media, mogą próbować zrobić z niego swoją marionetkę. Albo – gdy się nie zgodzi – skompromitować i usunąć

Krzysztof Kwiatkowski marionetką nie został. Miał w swojej karierze z ostatnich lat okres zły: jako minister sprawiedliwości nie walczył o sprawę wyjaśnienia Smoleńska. Miał też czas dobry – zrobił z NIK najlepiej działającą w państwie instytucję. Owszem, konkurencji wielkiej ona nie miała, ale też żaden inny polityk wywodzący się z PO nie wyciął partii-karmicielce takiego numeru. Wszyscy inni uznali regułę, iż państwo nie istnieje i bronimy wyłącznie partyjnych interesów, za obowiązującą.
Dlatego casus Kwiatkowskiego jest tak ważny dla oceny tej władzy. Jest ostatecznym dowodem, że za rządów PO–PSL stworzono szczelny system selekcji negatywnej, w którym urzędnik musiał przyjmować mentalność elit III RP za swoją. Jeśli ktoś taki jak Kwiatkowski nie był do końca „swój”, to – takie sformułowanie pada w rozmowie dwóch polityków PSL – był „dociskany kolanem”. 
Gazoport, łupki, nieprawidłowości wyborcze
Przed wybuchem tej afery Krzysztof Kwiatkowski i Jan Bury stanowili swoje wizerunkowe przeciwieństwo.
Bury był w mediach bohaterem afery podkarpackiej. Dwaj biznesmeni paliwowi z Leżajska złożyli zeznania na temat łapówek, jakie mieli płacić za załatwianie spraw w różnych urzędach. Wśród beneficjentów wymienili szefa klubu PSL. Stwierdzili, że przekazywali mu pieniądze w gotówce m.in. na kampanię wyborczą. Jeden z nich zeznał, że wręczył mu sztabkę złota. W efekcie agenci CBA kierowanego przez Pawła Wojtunika w połowie 2014 r. wkroczyli do domów Burego i jego sejmowego pokoju....
[pozostało do przeczytania 84% tekstu]
Dostęp do artykułów: