Apolityczni prezydenci, czyli bastion patologii

Kazik Staszewski połączył niegdyś legendarne hasło „Nie ma wolności bez Solidarności” z „Nie ma nowych mostów bez łapówek dla starostów”. Samorządy wielkich miast to największa porażka transformacji po 1989 r. Ich prezydenci są bezkarni, mając za sobą oligarchów i siedzące w ich kieszeni lokalne media. Czy najbliższe wybory coś tu zmienią? Szanse odbicia przez PiS m.in. Łodzi i Krakowa są realne

Walka o prezydenturę w wielkich miastach to najtrudniejsze zadanie dla obozu niepodległościowego. Tymczasem część jego zwolenników na zapas ogłasza, że i tak nie ma szans, więc szkoda na to energii.
Nie biorą pod uwagę, że jeśli nawet w 2015 r. PiS wraz z koalicjantami wygra wybory parlamentarne oraz prezydenckie, samorządy wielkich miast staną się ostatnim bastionem „ubekistanu” w Polsce, który może przesądzić o tym, że zmiany na szczeblu centralnym znów się nie udadzą.
To z miejskich kas popłyną wówczas szerokim strumieniem pieniądze do postkomunistycznych mediów, które nagle zaczną się wykazywać niezwykłym nonkonformizmem wobec niepodległościowej władzy. To samorządowe kontrakty ratować będą przed upadkiem oligarchów.
Możemy się też spodziewać kampanii w rodzaju: my, apolityczni przedstawiciele lokalnych społeczności, wzywamy władze, by nie wtrącały się w nasze, lokalne sprawy, z którymi radzimy sobie lepiej niż wy, skompromitowani politycy.
Zamiast komunizmu klientelizm
Jak narodził się obecny patologiczny system samorządowy? Jest 27 maja 1990 r. Ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Mazowieckiego jest wciąż generał Czesław Kiszczak, a ministrem obrony narodowej Florian Siwicki.
To tego dnia w wyniku pierwszych demokratycznych wyborów samorządowych narodziły się nowe elity lokalne III RP. Zdominowane przez ludzi z okolic UD i KLD bardzo szybko zaprzyjaźniły się z dominującym w 1990 r. w wielkich miastach biznesem powstałym w latach 80., wywodzącym się z firm polonijnych i podobnych im wytworów...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: