Raport z ukradzionego Krymu

Początek marca. Sytuacja na Krymie się zaognia. Ukraińskie bazy wojskowe zostały otoczone przez tzw. zielone ludziki. Czyli żołnierzy rosyjskich działających incognito. To pierwsza rosyjska inwazja na europejskie państwo od kilkudziesięciu lat

Sewastopol
Jednostka Belebek niedaleko Sewastopola. Była jedyną, do której zostaliśmy wpuszczeni. To właśnie tam pułkownik wojska ukraińskiego Julij Mamczur zorganizował marsz swoich ludzi niosących sztandary ukraińskie w stronę uzbrojonych w kałasznikowy „zielonych ludzików”. Pułkownik stał się bohaterem dla Ukraińców. Udało nam się porozmawiać z żonami żołnierzy uczestniczących w tym marszu. Jedna z nich przyznała, że wszyscy byli przerażeni. „I Ukraińcom, i Rosjanom trzęsły się kolana” – mówi. To musiał być nieprawdopodobny stres. Rozmowa z żonami uzmysłowiła nam, w jak koszmarnej sytuacji są ci, którzy w tym miejscu pozostali lojalni wobec Ukrainy. Wierni przysiędze, są znienawidzeni przez własnych sąsiadów, ponieważ są „banderowcami”. Zostaliśmy w jednostce Belbek na noc. Poprosili nas o to żołnierze. Mam wrażenie, że postrzegano nas tam trochę jak rodzaj ochronnej tarczy. Na Ukrainie role społeczne bywają niekiedy wymieszane: dziennikarze bywają jednocześnie aktywistami, bojownikami, a także, jak w tym wypadku, tarczą ochronną dla żołnierzy z bazy Belbek.
Elena ma jakieś 23 lata, około 160 cm wzrostu i brązowe włosy. Spotykamy ją na ulicy w Sewastopolu. Przemyka między Kozakami z Dubania i innymi prorosyjskimi, uzbrojonymi reprezentantami paramilitarnych bojówek. Na jej plecaku, wielkim jak ona, powiewa flaga Ukrainy. „Nie jestem z żadnej organizacji politycznej, no co wy. Przyjechałam tutaj sprawdzić, czy te plotki o prorosyjskim nastawieniu są prawdziwe”.
Nie wiemy, jak przebiła się przez blokady pilnowane przez uzbrojone w kałasznikowy „zielone ludziki”. Dopytujemy się, jak to jest z tymi nastrojami.
„Niestety, chyba faktycznie tak jest. Od rana...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: