Dramat w Kisielinie

Dodano: 09/07/2013

WOŁYŃ \ Tragiczne losy mieszkańców polskiego miasteczka podczas Krwawej Niedzieli

Upowcy rozstawili czujki, które pilnowały, by nikt nie zobaczył, co się tam dzieje. Wszyscy zaczęli mówić, że w lesie szkoli się banda. Tuż przed ową straszną niedzielą 11 lipca do Kisielina przyjechał z Woronczyna mój przyszły mąż. Uciekł z tej miejscowości, gdzie zajmował się tworzeniem struktur konspiracyjnych. Jak zobaczył, że kilku Ukraińców idzie w stronę chałupy, w której mieszkał, wyskoczył przez okno i ruszył w pole.Aniela Dębska W miejscowości od zawsze mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Niegdyś było to miasteczko, ale w dwudziestoleciu międzywojennym w zasadzie wieś o drewnianej zabudowie. Murowane były jedynie kościół z plebanią, cerkiew i szkoła. Po innych zabytkach świadczących o dawnej świetności miasteczka, gdy należało ono do rodziny Kisielów, krążyły tylko ustne przekazy.Przedwojenna normalność – W latach trzydziestych moja rodzina prowadziła duże, zamożne gospodarstwo o obszarze 20 ha – wspomina Aniela Dębska. – Ojciec był
     
4%
pozostało do przeczytania: 96%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze