Gdy pęka szlaban

Na razie jednak decyzja jest pozytywna – widocznie władza dokonała bilansu zysków i strat. Uznano, że ci, którzy chcieli obejrzeć, już to zrobili, a twardego stada lemingów nic nie wzruszy – najpierw zanudzi się ich płodem „National Geografic”, potem zagłuszy starannie wybranymi ekspertami. Pamiętam, jak w 1969 r. podczas objazdu naukowego w Moskwie, po otwarciu wejścia do świetlicy wytrychem i wyłamaniu drzwi do szafki z telewizorem, obejrzeliśmy transmisję z pierwszych kroków człowieka na Księżycu. Transmisja trwała dwie minuty, a potem parę godzin naukowcy sowieccy tłumaczyli, że jest to zdarzenie bez znaczenia.

Stara, dobra szkoła. Tylko uczniowie marni. Za PRL‑u zrobiono by to inaczej – przede wszystkim zamiast puszczać dokument w przeddzień obchodów 3. rocznicy tragedii smoleńskiej, generując tzw. oglądalność, film wyemitowano by w trakcie demonstracji, mając nadzieję na zatrzymanie choć części ludzi w domach. Albo też puszczono by obraz natychmiast, kiedy pojawiła się sprawa, cichaczem, w nocy, aby mieć odfajkowane i z głowy.

Niestety, prawdziwi fachowcy od propagandy wymarli – Łukaszewicz ze Szczepańskim załamaliby ręce na widok współczesnej partaniny. Za ich czasów Hajdarowicz nie zostałby nawet młodszym cenzorem, a Braun i Dworak lektorami Komitetu Powiatowego.

Zasady w totalitaryzmie były proste – wroga należy albo unicestwić, albo obłaskawić. Wysadzanie (za pomocą trotylu, którego podobno nie było) „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” zaowocowało dwoma niezależnymi tygodnikami i Telewizją Republika. Groteskowa walka z tytułem „W Sieci” dostarczyła braciom Karnowskim bezpłatnej reklamy.

Gdyby wajchowym obecnej propagandy nieobcy był rachunek zysków i strat, opłacałoby się im trzymać czołowych kontestatorów na pensjach – puszczać nocą i nad ranem, licząc, że nie będą mieć czasu ani ochoty na opozycję totalną.

Niestety – morał jak z bajeczki o skorpionie, który kąsa kozę przenoszącą go na drugą stronę...
[pozostało do przeczytania 9% tekstu]
Dostęp do artykułów: