Niemcy i PO, Węgry i PiS. Przeciwieństwa, a nie podobieństwa. Kaczyński by być antyrosyjski, nie zmienia nic. Tusk wszystko

Dodano: 27/04/2022 - Nr 17 z 27 kwietnia 2022
FOT. LESZEK SZYMAŃSKI/PAP
FOT. LESZEK SZYMAŃSKI/PAP

Kraj [PiS, Opozycja, zagranica]

Węgry były przez lata sojusznikiem rządu PiS w Unii Europejskiej. Dziś nie przeciwstawiają się Putinowi. Ale nie ma to najmniejszego wpływu na politykę rządu PiS wobec napaści na Ukrainę. I jest to dla wszystkich oczywiste. Niemcy były przez lata więcej niż sojusznikiem PO w UE. Dziś również nie przeciwstawiają się Putinowi. Ale PO nadal realnie nie zrobi nic wbrew nim. I to jest równie oczywiste dla wszystkich. Donald Tusk, który w ostatnich tygodniach zaliczył rekordowe spadki w sondażach, wije się w ekwilibrystycznych zabiegach, by udowodnić, że jest „rusofobem”, a PiS, mimo zdecydowanych działań w sprawie Ukrainy i wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o zamachu w Smoleńsku, jest w gruncie rzeczy… prorosyjski. 

Podejrzenia Tuska co do niepewnej postawy PiS w sprawie Ukrainy pozostają w jaskrawej sprzeczności w stosunku do tego, co mówi prezydent Wołodymyr Zełenski. To wizyta z udziałem Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego w oblężonym jeszcze Kijowie była przełomem psychologicznym, po którym zaczęli się tam pojawiać inni politycy. A w czasie wizyty w Kijowie prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii Zełenski mówił: „Chcę podziękować tym wspaniałym liderom wspaniałych państw, którzy to są z nami zawsze ramię w ramię i byli od początku jako pierwsi we wszystkim we wsparciu Ukrainy”. I dodawał: „Oni też są pierwsi w tworzeniu sankcji przeciwko Federacji Rosyjskiej. (…) Nawet gdy mówimy o dostawach broni, wyposażeniu naszego wojska, to ci liderzy są zawsze pierwsi. Polska, Litwa, Łotwa i Estonia zawsze są obok, ramię w ramię z naszym państwem”.

Wymyślony cytat, czyli prymitywne kłamstwo Tuska

Lidera PO jakoś to nie przekonało. Najbardziej rozpaczliwie wyglądał wpis Tuska na Twitterze, w którym udowodnieniu prorosyjskości PiS służyć miał następujący tok rozumowania: „Węgry chcą zablokować sankcje energetyczne przeciw Rosji. PiS chce sprzedać część naszego przemysłu naftowego Węgrom. Kaczyński twierdzi, że w USA sfałszowano wybory, a Morawiecki wspiera Le Pen i atakuje Unię. Plany pisane obcym alfabetem”.

Rzecz w tym, że słowa „Kaczyński twierdzi, że w USA sfałszowano wybory”, to kompletny wymysł. Gdy internauci zaczęli szukać takiego cytatu, trafili wyłącznie na słowa umieszczone w internetowym wydaniu nieznanej bliżej Gazety Plus, według której Kaczyński miał powiedzieć w wywiadzie dla telewizji wPolsce.pl: „Jest bardzo wiele przykładów tego ograniczenia wolności. Na przykład biorąc pod uwagę sfłaszowane (tak w oryginale – przyp. PL) wybory w Stanach Zjednoczonych (…)”. Ponieważ wywiad był pokazany w telewizji, łatwo było sprawdzić, jak naprawdę brzmiała ta wypowiedź: „Jest bardzo wiele przykładów ograniczenia wolności. Dzisiaj w centrum uwagi jest to, co zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych, czyli odebranie głosu urzędującemu prezydentowi”. A więc nie „sfałszowane wybory”, lecz „odebranie głosu urzędującemu prezydentowi”, czyli zablokowanie go przez Twittera i Facebooka, bo o tym mówił 15 miesięcy temu Jarosław Kaczyński. Ale oczywiste kłamstwo Tuska nie powstrzymało Tomasza Lisa przed podchwyceniem tematu. Nagradzany dziennikarz przypadkiem nie sprawdził, poza tym żyć musiał w izolacji od internetu, gdzie sprawa została błyskawicznie zdemaskowana, bo napisał: „»W USA sfałszowali wybory, w Polsce na to nie pozwolimy«. Wielki strateg powtarza brednie rozpowszechniane w Ameryce przez patoprawicę. I to w momencie gdy trwa wojna i dobre relacje z największym sojusznikiem są dość cenne. Ten typ jest wicepremierem od bezpieczeństwa”.

Lis dokonał więc nie powtórzenia nieprawdziwych stwierdzeń Tuska, lecz dodał do nich kłamstwo własne. Zmyśloną tezę Kaczyńskiego oraz stwierdzenie, że padła ona nie 15 miesięcy temu, jak kłamał Tusk, tylko teraz, podczas wojny. Ot, przyjechał prezydent Biden, by przemówić na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie, a tam powitał go Kaczyński: „Ty to nielegalny prezydent jesteś”.

Po to, by Amerykanie nie przysyłali do Polski wojsk?

Po co Tusk i Lis wypowiedzieli kłamstwa łatwe do zdemaskowania? By mobilizować własny elektorat, który ma dostęp tylko do sprzyjających im mediów? Takie ordynarne kłamstwo na użytek krajowy obciążałoby ich mniej niż to, co zrobili naprawdę. Bo oni puścili sygnał, który w ich wyobraźni miał być odebrany przez amerykańską demokratyczną administrację następująco: „Nie dość, że Kaczyński jest prawicowy jak Trump, to jeszcze uderzał w wasz najczulszy punkt, kwestionował legalność wyboru Bidena. Więc chyba nie przesadzajcie z tym przysyłaniem tu wojsk i wspieraniem Polski, co? Po co macie wspierać swojego wroga?”.

Czym jest taki przekaz w istocie? Jest zdradą ojczyzny w niebezpiecznym momencie, gdy tuż za granicą toczy się bardzo okrutna wojna. Jeśli Tusk chciał udowodnić, że to PiS jest prorosyjski, to nie wyszło. Dla kogo korzystny był taki sygnał? Dla Polski, dla Polaków, mających rozmaite poglądy, od prawa do lewa? Nie, korzystny był wyłącznie dla… Putina, który wzmacniania Polski i wschodniej flanki NATO nie chce. Zamiast dowalić PiS, Tusk pokazał, że nadal jest człowiekiem Rosji w Warszawie.

Również przekaz: „Węgry chcą zablokować sankcje energetyczne przeciw Rosji. PiS chce sprzedać część naszego przemysłu naftowego Węgrom” nijak miał się do rzeczywistych zagrożeń dla Polski. Daniel Obajtek celnie wypunktował to w wypowiedzi dla serwisu Money.pl: „O tym, że musimy sprzedać stacje Lotosu, (…) zadecydowała KE (…). Dlaczego mamy się bać Węgrów, a nie na przykład Niemców, którzy też nie śpieszą się z ograniczeniem importu surowców z Rosji? MOL nie jest spółką rosyjską (…), w Polsce jest około 8 tys. stacji. MOL kupi tylko kilka procent rynku. To nie jest żadne zagrożenie dla Polski”. I dodał bardzo ważny argument: nie ma możliwości, by Węgrzy, wbrew Polsce, sprzedali te stacje Rosji bądź komukolwiek innemu, gdyż Orlen ma prawo pierwokupu, gdyby MOL chciał sprzedać stacje w Polsce innej firmie.

W sprawie Rosji Kaczyński nie musi zmieniać nic

Zasadnicza różnica polega na tym, że PiS po to, by teraz prowadzić politykę antyrosyjską, nie musi zmieniać nic. Natomiast PO musi zmieniać wszystko. Bo fakt, że PiS przyjaźnił się z Orbánem, także wcześniej nie miał wpływu na politykę wschodnią PiS, która była zdecydowanie antyrosyjska. Natomiast uległość wobec Rosji była sztandarową częścią współpracy PO z Niemcami. Więcej, część polityków wywodzących się z PO, jak choćby prezydent Bronisław Komorowski, Stanisław Koziej i wojskowe otoczenie ówczesnej Kancelarii Prezydenta, robiło wrażenie, jakby było mu bliżej do Rosji niż do Niemiec. Stąd zupełnie odmienna retoryka Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Kaczyński zgodnie z prawdą stwierdza w wywiadach, że zawsze wiedział o różnicach między podejściem PiS i Fideszu do Rosji. Zresztą mówił o tym o wiele wcześniej. Natomiast w sporach wewnątrz Unii Orbán polskiego rządu nigdy „nie zawodził”. To były rzeczy w obozie PiS oczywiste.

Nikt nie jest też w stanie wskazać ani jednego dowodu na to, że spotkania liderów PiS z przedstawicielami innych partii konserwatywnych w Europie, w tym tych prorosyjskich, choćby o milimetr zmieniły politykę PiS wobec Rosji.

Odwrotnie, gdy tylko wybuchła wojna, rząd PiS od razu podjął aktywne zabiegi dyplomatyczne, by przekonać wszelkich swoich sojuszników do mocniejszego wsparcia Ukrainy. Także tam, gdzie nie musiały być to rozmowy łatwe. Prezydent Duda poleciał do Watykanu, by spotkać się z papieżem Franciszkiem, polska dyplomacja zrobiła wszystko, by przekonać Victora Orbána do zaostrzenia stanowiska.

Łapali się za głowę, że Tusk jest rusofobem. Ale kto się łapał?

Tymczasem Tusk, próbując przekonać opinię publiczną, że zawsze był antyrosyjski, musi mataczyć. W wywiadzie dla tygodnika „Polityka” powiedział: „Paradoks polega na tym, że to ja w Brukseli miałem opinię rusofoba. Tam się za głowę łapali, nazywali mnie monomaniakiem, że ja wciąż tylko o Ukrainie i o zagrożeniu rosyjskim”. Problem polega na tym, że Tusk nie wskazuje żadnych konkretnych postaci „łapiących się za głowę”. I nie może wskazać żadnego polityka z Brukseli, który publicznie za głowę by się złapał. Wszystko musiało rozgrywać się w tajemniczych kuluarach. A może jednak było to „łapanie się za głowę” bezobjawowe, politycy ci robili to wyłącznie w myślach?

Ale jeśli Tusk mówi prawdę, to można podejrzewać, że „Komsomolskaja Prawda” z lutego 2008 roku, która pisała, że „Tusk energicznie zabrał się za usuwanie przeszkód w naszych stosunkach, nagromadzonych przez jego poprzednika – otwartego rusofoba Jarosława Kaczyńskiego”, chciała go skompromitować. Czy jakoś tak. Co gorsza, „Komsomolskaja Prawda” kontynuowała tę linię w 2011 roku, gdy po wygranych przez PO wyborach oceniała, że „zwycięstwo Tuska nad Kaczyńskim, jak uważają eksperci, jest na rękę Moskwie. Od wyników wyborów zależało wiele – czy rosyjsko-polskie relacje będą się rozwijały w pozytywnym duchu, czy też będą dreptać na starych i nowych skandalach”.

Wymieńmy dla porządku działania Tuska na rzecz zbliżenia z Rosją, z którymi bynajmniej się nie krył. Są te najcięższego kalibru, jak oddanie Rosji śledztwa w sprawie Smoleńska, umowa gazowa do 2037 roku, projekt umowy o polsko-rosyjskiej współpracy wojskowej (o którym pisaliśmy tydzień temu), współpraca Służby Kontrwywiadu Wojskowego z FSB czy zaproszenie Ławrowa na naradę ambasadorów. Są te dotyczące historii, jak budowanie pomnika bolszewickich żołnierzy w Ossowie, początkowo z bagnetami wycelowanymi w Warszawę, znicze na pomnikach czerwonoarmistów 9 maja czy słowa Tuska o pamięci o „wyzwalaniu” Polski przez sowieckich żołnierzy. I są te najbardziej chyba groteskowe, a często zapomniane, jak odbywająca się polsko-rosyjska wymiana młodzieży, przywrócenie festiwalu piosenki rosyjskiej w Zielonej Górze czy filmowy festiwal „Sputnik nad Warszawą”, podczas którego brylował nadworny reżyser Putina Nikita Michałkow. Dostał on dyplom od Radosława Sikorskiego, a dziś szczuje do napaści na Ukrainę.

Tusk walczył także z… Niemcami!

Tymczasem z „Polityki” dowiadujemy się, że Tusk także kwestionował politykę… Niemiec. Z tym że znowu bezobjawowo. Jeszcze w 2021 roku Tusk mówił o CDU z czasów, gdy rządziła nią Angela Merkel: „Wasza sztuka rządzenia była błogosławieństwem, nie tylko dla Niemiec, lecz dla całej Europy. Dla waszych wschodnich sąsiadów, a jako Polak wiem, o czym mówię, dla krajów bałkańskich i ich marzeniu o Europie, i dla Ukraińców, z ich walką z agresją (!)”.

Teraz w wywiadzie dla „Polityki” mówi o 180 stopni odwrotnie: „To, że ja nie jestem politykiem agresywnym w retoryce, nie oznacza, że Polska za rządów PO nie była surowym krytykiem niemieckiej polityki energetycznej. Były kanclerz Schroeder zaczął ten w sumie dość parszywy, podszyty korupcją manewr. Niemcy dały się skorumpować rosyjskim gazem – to obciąża także rządy Merkel, bez dwóch zdań”.

Ale mimo tego to Węgry, wyrastające niemal na europejską potęgę, są zagrożeniem. Tusk swoją wizję tego, jak reagują Niemcy i Węgry, przedstawił w wywiadzie dla TVN24. Oto: „Orbán jest wyjątkowo bezczelnym – bo jawnym i bezwstydnym – sojusznikiem Putina”. Dalej kontynuował niemiecką narrację o krajach łamiących zasady demokracji: „Orbán, ale nie tylko on, realizuje pewien model putinowskiej władzy politycznej u siebie w kraju”. Tymczasem „Dzisiaj Niemcy – o wiele za późno oczywiście – dokonują pewnego zwrotu i są gotowi coraz bardziej wspierać Ukrainę, a przynajmniej w ocenie Putin–Zełenski nie mają wątpliwości, po czyjej są stronie”. Zapewne dowodem na to ma być przekazywanie Ukrainie broni pamietającej czasy Ericha Honeckera…

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze