Być albo nie być Platformy

rys. Rafał Zawistowski
rys. Rafał Zawistowski

Opinie [Bezideowość – to idea Platformy]

Od kilku dni mamy do czynienia z najmocniejszym od początku rządów PiS konfliktem w obozie opozycji. Najważniejsi politycy Platformy i związane z nimi media oraz celebryci oskarżają Lewicę o zdradę, współpracę z faszystami czy tym podobne absurdy. Tymczasem jeszcze niedawno sam Borys Budka i stojące za nim środowisko przekonywało, że każdy, kto jest przeciwny unijnym planom pomocy, powinien pójść pod Trybunał Stanu.

Co więc skłoniło Platformę Obywatelską do tak radykalnej zmiany kursu? W tak groteskowy, ostentacyjny sposób, gdy nawet niezbyt spostrzegawczy widz polskiej sceny politycznej od razu dostrzega hipokryzję i skrajny brak konsekwencji?

Zamiast pomocy – plakat Tulei

Część odpowiedzi tkwi w samej tożsamości Platformy, która istnieje tylko jako anty-PiS. Partia ta, nie posiadając żadnego własnego programu politycznego, której działania warunkowane są tylko tym, co Prawo i Sprawiedliwość akurat zaproponuje, a co następnie PO zaneguje – uwięziła sama siebie w pułapce totalnej krytyki. Nie jest więc zdolna do współpracy w żadnej kwestii, nawet tak fundamentalnej jak pieniądze Unii, mające pomóc wyjść Polsce z covidowego kryzysu. Tyle że narracja to rzecz zmienna, a PO może mieć pewność, że jej elektorat, tresowany latami, jest gotów na każdą woltę ideologiczną, zwłaszcza jeśli w sukurs przyjdą „GW” czy TVN. Nie chodzi tu więc o samą antypisowską histerię. Problem dla Platformy jest głębszy. Wieloletni już brak jakiejkolwiek narracji pozytywnej tej partii, brak wizji i programu powoduje, że PO nie ma możliwości „skonsumować” jakichkolwiek benefitów politycznych w kontekście unijnej pomocy – nawet gdyby zasiadła do stołu z władzą i rozpoczęła negocjacje. Partia ta po prostu nie kojarzy się Polakom z żadnymi konkretnymi postulatami politycznymi, nawet swoim zwolennikom jawi się jako swoisty „ruch oporu”, a nie formacja z wyraźnym i pozytywnym planem politycznym. Platforma nie ma żadnego projektu, z którym jest trwale kojarzona i który mogłaby przedstawić następnie jako swój sukces. Tymczasem tylko w ten sposób opozycja może ugrać polityczne zyski w negocjacjach z rządem. Tylko spełniając ten wyjściowy warunek może przekonać Polaków, że to właśnie ona przysłużyła się uwzględnieniu danego postulatu, przyczyniając się do poprawy ich bytu. Platforma jest jednak partią zupełnie pustą, jeśli chodzi o tego typu konkretną, jednoznacznie z nią powiązaną treść polityczną. Próba wejścia teraz, ad hoc, w buty partii przedstawiającej pozytywne postulaty, nie ma zbyt dużych szans powodzenia. Byłaby w nowej roli skrajnie niewiarygodna. Nawet gdyby, jakimś cudem, wymyśliła coś dobrego i socjalnego, to ewentualne benefity i tak skonsumuje narracyjnie PiS, który od lat kojarzy się Polakom z tego typu polityką. Co może zaś zaproponować obywatelom Platforma, tak, by faktycznie wypadła dla nich przekonująco? Cykl wizyt Merkel? Jakąś europejską nagrodę za „tolerancję”? Plakat Tulei w każdym domu?

Samobójczy pęd

PO mogła jednak tę sytuację rozegrać „łagodniej”. Niuansować, wycofywać się, krytykować, unikając, na ile to możliwe, sprawiania wrażenia, że torpeduje sam projekt pomocy. Tymczasem mamy do czynienia właściwie z samobójczą taktyką PO. Nie powstrzymuje ich potencjalna krytyka ze strony samej Brukseli, która prze do jak najszybszej ratyfikacji Funduszu Odbudowy (zważywszy na to, że establishment unijny jest podstawowym punktem odniesienia dla PO, jest to tym bardziej zaskakujące). Nie zmieniają ich stanowiska kolejne badania, w których wyraźnie widać gigantyczną przewagę zwolenników wspólnego działania opozycji i rządu w zakresie unijnych pieniędzy na odbudowę. Skąd więc ta zaciekłość, upór, którego konsekwencje mogą być dla PO opłakane, skutkować konfliktem z najważniejszymi partnerami na Zachodzie i zrażeniem do siebie niezdecydowanej grupy wyborców, która odpłynie do innych partii? Odpowiedź wydaje się prosta. Po prostu Platforma Obywatelska jest przekonana, że ten Fundusz… da radę. Że z jego pomocą Polska zdoła wyjść z kryzysu i pomóc milionom swoich wyborców. Działanie Platformy jasno pokazuje, że ma ona świadomość, jakim sukcesem jest wynegocjowana przez rząd kwota, i jest tym skrajnie przerażona. Co ciekawe, jej najróżniejsi funkcjonariusze nawet tego nie ukrywają. Wprost mówią, że nie można doprowadzić do sytuacji, w której Polacy poczują, że jest im lepiej, że rzeczywiście tę pomoc dostaną – bo tylko kryzys może spowodować wzrost nienawiści do PiS-u. Platformę należy w tym kontekście traktować jak zaszczute zwierzę przyparte do muru. Partia ta już dobrze wie, że przegrała, że nic nie ugra na tej sytuacji. Że każdy wybór jest dla niej zły. Reaguje więc spazmatycznie, agresywnie, stawia wszystko na jedną kartę, nieważne, jak mało jest ona prawdopodobna. Bo i przekonanie PO, że za pomocą szerokiej koalicji zdoła zablokować wpierw ratyfikację, a następnie obalić rząd – jest bardzo mało prawdopodobne. Widać zresztą wyraźnie, że PO zapędziła samą siebie w kozi róg. Dziś Budka nie ma już wyboru, nie może się wycofać. Jeśli przegra tę rozgrywkę, może być to też koniec PO. Nie dlatego, że partię tę pożre PiS, tylko jej „koledzy” z opozycji.

Gra o wszystko

Dotychczas to Platforma sterowała działaniami opozycji. O jej sile i pewności siebie najlepiej świadczy słynna „konwencja koalicji 276”, która miała przedstawić wspólny plan działania każdej z partii opozycyjnych w celu „obalenia PiS-owskiego reżimu”. Potencjalni koalicjanci dowiedzieli się od PO o jej głównych punktach post factum i zmuszeni zostali do zaakceptowania, bez żadnych konsultacji, całej agendy stworzonej przez Platformę. PO potrafiła także kontrolować inicjatywy zdawałoby się czysto lewicowe i kierować je na opłacalne dla siebie tory. Przykładem jest chociażby tzw. strajk kobiet, którego przywódczynie dziś w sposób wręcz ostentacyjny pokazują, że grają na Budkę, a nie na lewicę, atakując tę ostatnią w sposób niesłychanie chamski i fanatyczny. Dominacja Platformy wśród polskiej opozycji zapewniona była dzięki wsparciu UE, wrażeniu pewnej bezalternatywności względem jej przywództwa oraz za sprawą mediów na usługach partii Budki. Sytuacja jednak bardzo się zmieniła w ostatnim czasie. Z jednej strony partia Hołowni, regularnie osiągająca w sondażach wyniki zbliżone, a czasem nawet wyższe niż Platforma, teraz Lewica, która, mimo pełnej furii partii Budki, zdecydowała się wejść w pustą niszę polityczną, pokazując się jako wciąż skrajnie antypisowska, ale jednocześnie w kryzysowych momentach konstruktywna opozycja. Z drugiej strony wśród najważniejszego wciąż aktywu PO, czyli patronów z Berlina i Brukseli, musi narastać zniecierpliwienie i zdenerwowanie. Zarówno kolejnymi porażkami i ogólną nieudolnością Platformy, jak i faktem, że partia ta jest w stanie torpedować nawet unijne pomysły. Lewica wybrała więc idealny moment, żeby zagrać o pozycję rozgrywającego antypisowskiej opozycji, co, w konsekwencji, może umożliwić jej zajęcie dotychczasowego miejsca PO w relacjach z Berlinem i Brukselą. W tej sytuacji Budka naprawdę gra o wszystko. Musi pokazać, że to PO dominuje i rozdaje karty po stronie opozycji, że wciąż jest najlepszym aktywem establishmentu Unii w Polsce. Rzuci na lewicę wszystkie swoje szczujnie, czy będzie to Lempart, czy Lis, czy publicyści „Wyborczej”, „Polityki” itd. Wiele wskazuje na to, że niestety może wygrać tę batalię, a lewica się wycofa. Niemniej wynik jeszcze nie jest przesądzony, a od niego zależeć będzie kształt opozycji w Polsce. Czy pozostanie ona obstrukcyjnym, skrajnie agresywnym, pozbawionym tożsamości tworem, czy też dojrzeje, mając świadomość, że mimo różnic i konfliktu wszyscy żyjemy w jednym państwie?

     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze