Projekt Harris 2024. Czy Joe Biden przekaże przywództwo wiceprezydent

FOT. RS/MPI / CAPITAL PICTURES / FORUM
FOT. RS/MPI / CAPITAL PICTURES / FORUM

ŚWIAT [USA, wybory prezydenckie 2024]

Administracja Bidena i Harris – tak w oficjalnych komunikatach Białego Domu przedstawiana jest ekipa rządząca obecnie w USA. Joe Biden podkreśla, że jego wiceprezydent zajmuje się kluczowymi tematami. Czy to oznacza, że to Kamala Harris będzie kandydatem Partii Demokratycznej w 2024 roku?

W scenariuszu „Harris 2024” wszystko wydaje się absolutnie logiczne, wszystko jest na miejscu. W liberalnej wizji historii, w historii postępu, wszystko się zgadza. Pierwsza kobieta wiceprezydent, pierwsza czarna wiceprezydent, pierwsza mająca korzenie w Azji. Wystarczy usunąć przedrostek „wice-” i proroctwo się wypełni. Harris wyprzedza nawet Bidena w oczach bukmacherów, którzy w połowie kwietnia dawali jej 22 proc. szans na objęcie urzędu prezydenta w 2024 roku (szanse Bidena oceniono na 18 proc.). Na korzyść Harris przemawia także historia. Od czasów pierwszego wiceprezydenta, Johna Adamsa w 1789 roku, 14 z 47 wiceprezydentów zostało prezydentami. Spośród 13 wiceprezydentów, którzy pełnili swój urząd po II wojnie światowej (z wyłączeniem Mike’a Pence’a) – aż ośmiu zostało kandydatami swojej partii na główny urząd, ale tylko czterech z nich, w tym Joe Biden, ostatecznie wygrało wybory. Tu może tkwić największa wada konstrukcyjna projektu „Harris 2024”. Teoretycznie wszystkie elementy są na miejscu, lecz brakuje odpowiedzi na jedno kluczowe pytanie: czy Amerykanie będą gotowi zagłosować na obecną wiceprezydent?

Ludzie z doświadczeniem

Pierwsze 100 dni administracji Joego Bidena oznaczało uniwersalną rekalibrację oczekiwań. Wszyscy zaakceptowali na przykład, że konferencje i wystąpienia publiczne wiekowego prezydenta ani nie będą szczególnie częste, ani nie będą obfitowały w erupcję energii witalnej i w każdym z nich znajdzie się kilka niepokojących momentów. Konserwatywne media i republikanie musieli przyjąć też do wiadomości, że kolejne wpadki prezydenta nie będą skutkowały jego gorszymi notowaniami. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy Bidena wiedzą już, czego się można po nim spodziewać. 

Jednocześnie nie można odmówić nowej administracji w Białym Domu pewnej skuteczności. Dobierając swój gabinet i najbliższych współpracowników, Joe Biden sięgał przede wszystkim po weteranów z administracji Obamy. To ludzie, którzy być może nie są wielkimi politycznymi osobistościami, nie będą się na co dzień ścierać z prezydentem w batalii wielkich umysłów i toczyć dyskusji na temat kształtu przyszłości Ameryki. Mają jednak tę zaletę, że doskonale znają tajniki działania machiny prezydenckiej biurokracji i mają doświadczenie w zarządzaniu nią. To oni pilnują, by wszystko działało jak należy, nawet jeśli kapitan nie zawsze jest na mostku. W technokratycznym sensie administracja Bidena działa sprawnie. Oczywiście sam Biden notorycznie fałszuje obraz faktycznej walki z pandemią, odbierając na przykład zasługi administracji Trumpa w opracowaniu szczepionek i stworzeniu programu ich dystrybucji. Jednocześnie te rzeczy, które faktycznie należą do administracji Bidena, realizowane są sprawnie. To samo dotyczy wielkich projektów legislacyjnych. Niezależnie od ich merytorycznej zawartości, administracja gładko przeprowadziła proces ich przygotowania, przedstawienia i komunikacji z nim związanej. Największe fiasko do tej pory, kryzys na południowej granicy, za które Bidena spotyka krytyka z prawej i z lewej strony, nie jest wynikiem złego zarządzania, lecz raczej politycznego wyboru. To prezydent podjął decyzję o liberalizacji reżimu imigracyjnego i urzędnicy muszą sobie teraz radzić z jej konsekwencjami. 

Jedna kadencja i emerytura?

W wielu aspektach sam prezydent okazuje się skuteczny. Trzeba pamiętać, że stoi na czele partii, która ma minimalną przewagę w Izbie Reprezentantów, a głosowania w Senacie może wygrać tylko dzięki głosowi przełamującemu remis oddanemu przez prezydent Harris. Dodatkowo przewaga w Kongresie kurczy się w oczach, stany -- twierdze demokratów – utraciły miejsca w Izbie na rzecz m.in. Teksasu i Florydy za sprawą zmian w rozkładzie populacji USA, które ujawnił ostatni spis powszechny. Republikanie są zdecydowanymi faworytami do odzyskania kontroli nad Kongresem w 2022 roku. A pamiętajmy też, że Partia Demokratyczna jest daleka od jedności. Lewe skrzydło musi być nieustannie pacyfikowane, a gdyby Joe Biden był dzisiaj, załóżmy, senatorem, a nie prezydentem, to zapewne należałby w swojej partii do mniejszości. Biorąc pod uwagę ten krajobraz, na przykład przepchnięcie przez Kongres postpandemicznego, wartego 2 biliony dolarów pakietu pomocowego wydaje się sporym osiągnięciem.

Póki co, to, co Biden traci z racji swojego wieku, który oznacza nie tylko braki w koncentracji i innych zdolnościach poznawczych, lecz także zapewne dużo krótsze godziny pracy, rekompensuje za pomocą politycznego doświadczenia i delegowania zadań zaufanym współpracownikom. Oficjalnie prezydent deklaruje chęć ubiegania się o reelekcję w 2024 roku, lecz pozostaje pytanie, czy taki scenariusz jest w ogóle możliwy. Należy pamiętać, że na Bidenie ciąży nie tylko odpowiedzialność urzędu, lecz także emocjonalne i czasowe koszty związane ze skomplikowanym życiem rodzinnym. Prezydent regularnie rozmawia ze swoimi wnukami, które kilka lat temu straciły ojca (Beau Bidena), który przegrał batalię z rakiem. Zmartwień nie szczędzi ojcu także syn Hunter, który co chwilę staje się przedmiotem prasowych sensacji, a jego batalia z nałogiem wcale nie dobiegła końca. Także z Hunterem prezydent rozmawia co najmniej raz dziennie, a czasem dwa lub trzy razy. Trudno spodziewać się, że w 2024 roku Biden jeszcze raz będzie gotowy przyjąć na swoje barki wyzwania związane z prezydenturą.

Szanse Kamali

Entuzjaści kandydatury obecnej wiceprezydent zdają się zapominać o jednym podstawowym fakcie. Gdyby Amerykanie nie pragnęli nikogo innego niż Kamala Harris w Białym Domu, to mogliby ją już umieścić tam w 2020 roku. Prawda jest jednak taka, że w prawyborach demokratów Harris nie była w żadnym momencie realnym zagrożeniem i jako jedna z pierwszych zrezygnowała z wyścigu. Zwycięstwo Joe Bidena w wielu momentach nie wydawało się przesądzone, lecz jeśli ktoś mógł mu realnie zagrozić, był to przede wszystkim Bernie Sanders, a w mniejszym stopniu Elizabeth Warren. Szczyt powodzenia Harris miał miejsce po jednej z debat, gdy sondaże dawały jej poparcie na poziomie 15 proc., ale ta fala trwała niezwykle krótko. Harris wkrótce wróciła do niskich wyników jednocyfrowych, a jak oceniali wówczas analitycy, była tą kandydatką, którą zwolennicy porzucali najłatwiej na rzecz konkurentów. 

Paradoks kandydatury Harris polega na tym, że te same cechy, które były przyczyną jej niepowodzeń w prawyborach, uczyniły z niej idealną towarzyszkę kampanii Bidena w 2020 roku. Podczas prawyborów eksperci zwracali uwagę, że Harris miała problemy z odnalezieniem swojej niszy, bo jej poglądy dla większości wyborców wydawały się nieokreślone. To z kolei sprawiło, że jako kandydatka na wiceprezydent mogła być jednocześnie sprzedana jako umiarkowana, bo Harris nie należała do najbardziej radykalnie lewicowego skrzydła partii. Z kolei lewicy trudno było atakować kandydaturę Harris z racji płci i pochodzenia etnicznego. 

Jeśli Kamala Harris miałaby zasiąść w Białym Domu na początku 2025 roku, musi pokonać wiele istotnych przeszkód. Po pierwsze, w teorii wiceprezydentura ma być dla niej próbą generalną, dzięki której zamieni się z jednego z kilkunastu mniej znaczących kandydatów w 2020 roku w jednoznaczną liderkę w roku 2024. Problem w tym, że wiceprezydentura nie dostarcza zbyt wielu okazji, by zabłysnąć, a tam gdzie Harris takie okazje otrzymuje, niejednokrotnie zalicza wpadki. Miała być odpowiedzialna za rozwiązanie kryzysu na granicy, lecz gdy prasa zaczęła się dopytywać, co wiceprezydent w tej sprawie robi, i zwracać uwagę, że zamiast odwiedzić granicę południową, Harris udała się w przeciwnym kierunku, na granicę z Kanadą, administrację musiała ratować rzeczniczka Białego Domu Jen Psaki. Stwierdziła ona, że wiceprezydent tak naprawdę nie jest odpowiedzialna za rozwiązanie kryzysu imigracyjnego, ale skupia się na „głębokich przyczynach” migracji. 

Problemem może się okazać także sam sposób przekazania władzy. Obyczaj mówi, że urzędującym prezydentom nie rzuca się w partyjnych prawyborach poważnych wyzwań, ale czy ta sama zasada musi dotyczyć wiceprezydent, która ma zamienić się miejscami ze swoim szefem? Jeśli Joe Biden zrezygnuje z ubiegania się o reelekcję w 2024 roku, inni ambitni demokraci, tacy jak Sanders czy Warren, mogą zdecydować, że nie oddadzą miejsca w kolejce do Białego Domu bez walki. 

     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze