Zawsze starałam się chronić dzieci

Robert Krauz
Robert Krauz

KRAJ [Wywiad]

Nigdy nie bałam się o siebie. Jedyny strach, jaki mi towarzyszył, to lęk o dzieci – co się z nimi stanie, jak mnie zabiorą i aresztują. Wiedziałam, że wtedy z dziećmi będzie dramat i o nie się jedynie bałam – mówi Jadwiga Morawiecka, mama premiera Mateusza Morawieckiego. Rozmawia Dorota Kania

Mija 39 lat od dramatycznego 1981 roku. Jak go Pani wspomina?

Ten rok był bardzo szczególny dla naszej rodziny. 1 grudnia zmarł mój ojciec, który mieszkał w naszej chacie – „Kornelówce”, czyli domu, który sami wybudowaliśmy w Pęgowie. Była bardzo ciężka zima, musieliśmy przygotować pogrzeb. Został pies, zostały koty, został dom bez opieki. I wtedy Mateusz, który miał wówczas 13 lat, powiedział, że pojedzie do Pęgowa. I był tam aż do ostatniego pożegnania dziadka, które odbyło się na miejscowym cmentarzu.

13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny...

Przyszli do naszego mieszkania we Wrocławiu o dwunastej w nocy. Kornela nie było – byłam sama z dziećmi. Zawsze starałam się chronić dzieci, niczym ich nie narażać. Powiedziałam więc przez drzwi, że męża nie ma w domu. „Proszę nam otworzyć” – usłyszałam. Powtórzyłam im, że nie otworzę, bo jestem sama. Zagrozili, że wyważą drzwi, na co stwierdziłam, że otworzę okno i będą krzyczała: „Ratunku!”. I wtedy się wycofali, Myślę, że nie chcieli hałasu i zamieszania.

Milicja już dała Pani spokój?

Ależ skąd! Przyszli pół godziny później, ale już spokojniejsi. Powiedzieli, że muszą sprawdzić, czy rzeczywiście jestem sama z dziećmi. Odparłam, żeby w takim razie przyszli z sąsiadem, bo inaczej ich nie wpuszczę. Ku mojemu zaskoczeniu, tak zrobili – obudzili sąsiada i weszli z nim do naszego mieszkania. Sprawdzali w szafach, w łóżkach, pod kołderkami dzieci. Poszli dopiero wtedy, gdy przekonali się, że rzeczywiście męża nie ma w domu.

A później były święta Bożego Narodzenia, z wojskiem i ZOMO na ulicach, z godziną milicyjną.

To był bardzo trudny czas. Nie było mojego taty, Kornel się ukrywał. Powiedziałam dzieciom, że nigdzie nie sprzedają choinek, więc Wigilia będzie bez niej. Ale za parę godzin zjawił się Mateusz z choinką – pojechał do Pęgowa i wyciął drzewko. I mieliśmy pachnącą lasem Wigilię. Tyle tylko, że drzewko nie było ubrane – było zbyt smutno, by myśleć o strojeniu choinki.

Włączyła się Pani w działalność opozycyjną?

Miałam poczucie, że nic nie robię: mój mąż działa, inni naokoło konspirują, moi przyjaciele coś robią, a ja nie, poza tym, że rozprowadzam ulotki. Widziałam zaangażowanie ludzi, z którymi się przyjaźniłam, m.in. państwa Trąbskich z ROPCiO [Ryszard i Helena Trąbscy z wrocławskiego oddziału Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela – przyp. red.], Anny Walentynowicz, którą znałam i bardzo ceniłam. Kilka miesięcy po zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki, w pewnym momencie zadecydowałam: jadę na głodówkę organizowaną przez Anię Walentynowicz. Głodówka odbywała się w Bieżanowie pod Krakowem, a prowadził ją ksiądz Adolf Chojnacki, który był proboszczem w miejscowym kościele. Był to bardzo życzliwy, ujmujący człowiek. Kościół był w budowie, plebania nie była jeszcze wykończona, ale ksiądz nas bez problemu przyjął. Spaliśmy na materacach rozłożonych na podłodze pomieszczeń użyczonych nam przez księdza, piliśmy tylko wodę i łykaliśmy witaminę B-kompleks, która pomagała nam przetrwać czas bez jedzenia.

Anna Walentynowicz już wtedy miała krytyczny stosunek do Lecha Wałęsy.

Ania była bardzo szczerą, dynamiczną osobą, która jeśli coś miała w sercu, to od razu o tym mówiła. Opowiedziała nam, jak naprawdę było z Wałęsą. Muszę przyznać, że wówczas wydawało mi się, że ta ocena Ani może wynikać z konkurencji i rywalizacji gdańskich opozycjonistów. Nawet jej powiedziałam, że nie bardzo mi się to podoba, w jaki sposób mówi o Wałęsie. Dopiero po latach przekonałam się, że Ania miała rację. Ale nawet wtedy, gdy ją krytykowałam, nie przeszkodziło to naszej przyjaźni. Spotykałyśmy się, miałyśmy ze sobą kontakt. Byłam między innymi w Gdańsku na sympozjum, które zorganizowała Ania, na którym wykład miała prof. Jadwiga Staniszkis, a patronat objął ksiądz Gocłowski. Część tych działaczy, którzy wtedy byli w jednej grupie, odeszła.

Dlaczego tak się stało?

Myślę, że może sprawiły to różne okoliczności życiowe, być może była to sprawa charakteru. Jak na przykład Władysław Frasyniuk, o którym Kornel miał bardzo dobre zdanie, bardzo go cenił do chwili, gdy stał się zupełnie innym człowiekiem niż w czasach opozycji. Na szczęście była spora grupa działaczy, która została wierna swoim ideałom. A najlepszym przykładem jest Ania Walentynowicz: zawsze w działaniu, aktywna, żywo interesująca się losem innych. Któregoś dnia Ania poprosiła mnie, abym zorganizowała grupę wrocławian, która pojedzie do rodziny księdza Jerzego Popiełuszki.

Dużo osób namówiła Pani na wyjazd?

Niestety nie.

Bali się?

Raczej byli skrępowani, tak jak moja bliska koleżanka. Nie chciała wchodzić do domu ludzi, którzy przeżyli taką tragedię. Ale udało się zebrać grupę kilku osób i pojechaliśmy do Suchowoli. Zostaliśmy przyjęci przez rodzinę księdza Jerzego bardzo ciepło, poznaliśmy wtedy też księdza Stanisława Suchowolca. Później jeździliśmy wielokrotnie do rodziny księdza Jerzego, bywały tam też moje dzieci, był tam Mateusz z narzeczoną i pomagali w polu. Zawsze gdy odjeżdżaliśmy, mama księdza Jerzego obdarowywała nas chlebem – był to ogromny, własnoręcznie przez nią upieczony bochen. Z kolei do Wrocławia przyjeżdżał brat księdza Jerzego z żoną; była to bardzo serdeczna znajomość.

Ten protest głodowy, w którym brała Pani udział i który odbył się kilka miesięcy po zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki, wywołał wściekłość bezpieki: na plebanii ks. Adolfa Chojnackiego „nieznani sprawcy” wybili szyby, w jego samochodzie przecięli opony i otruli jego psy. Uczestnicy głodówki także byli szykanowani, Pani również.

Odkręcili mi śruby w samochodzie, na szczęście ktoś to zauważył i nie doszło do tragedii. Byłam kilka razy zatrzymywana na 48 godzin, w domu były przeszukania. W chacie w Pęgowie wybijali szyby, tak jakby chcieli, żebyśmy tam nie jeździli. Któregoś razu, gdy przyjechałam tam z przyjaciółką, po wejściu do środka zobaczyłyśmy rozrzuconą pościel, która była cała we krwi. Pomyślałam, że pewnie zabili koguta i pomazali wszystko krwią, żeby mnie nastraszyć.

Udało im się?

Nie, ale tylko dlatego, że tak mnie wychowała moja mama: w trudnej, dramatycznej sytuacji trzeba zachować opanowanie i hart ducha. Pamiętam ciężkie chwile po wybuchu wojny. Mieszkaliśmy wówczas na Wileńszczyźnie. A także późniejsze wydarzenia, gdy musieliśmy opuścić rodzinne strony. Mama zawsze zachowywała spokój i tego nas nauczyła. Dlatego gdy bezpieka robiła wszystko, by zniechęcić mnie do Pęgowa, ja postanowiłam sobie, że ochronię naszą chatę, z którą byliśmy wszyscy bardzo związani. Przyjaciele ułożyli dyżury, aby tak jeździć, żeby dom nie pozostawał opuszczony. Później niestety chata spłonęła – ale została odbudowana. Nie mogło być inaczej – tam przeżyliśmy wspaniałe chwile, które do dziś wspominamy z naszymi przyjaciółmi. Przyjeżdżała tam młodzież, przyjeżdżali przyjaciele mojej córki Marty z duszpasterstwa, przyjeżdżał ze swoimi podopiecznymi ksiądz Orzechowski, czyli „Orzech”.

Skąd wziął się pomysł na wybudowanie „Kornelówki”?

Chata została wybudowana w zasadzie dla mojego ojca, który po śmierci mamy został sam. Nie mógł zamieszkać w naszym małym mieszkaniu z prostej przyczyny – fizycznie nie miałby miejsca dla siebie. I wtedy Kornel zadecydował: wybudujemy dom. Pod lasem kupiliśmy kawałek pola, a później wspólnie z moim ojcem i przyjaciółmi wybudowaliśmy dom. Nie obyło się bez różnych przygód, ale w końcu udało się i w chacie zaczęło tętnić życie. Organizowaliśmy tam obchody różnych rocznic, których nie wolno było świętować: rocznicę odzyskania niepodległości, uchwalenie Konstytucji 3 maja. Przez dom przewinęło się mnóstwo ludzi, którzy do dziś wspominają czas, jaki tam spędzili.

Działalność opozycyjna była wpisana w Pani życie w czasach PRL?

Zawsze podchodziłam z dezaprobatą do działań ówczesnej władzy. Pierwszy raz Kornel włączył się aktywnie w protesty w marcu 1968 roku. Ja wtedy z dwoma małymi córeczkami przychodziłam na spacer pod instytut, gdzie mąż pracował, i razem z innymi cieszyłam się z tych protestów. Kilka miesięcy później pojechaliśmy na wakacje do Wilczyna Leśnego – miejscowości położnej bardzo blisko stacji kolejowej Oborniki Śląskie. I na tych wakacjach dowiedzieliśmy się o agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Kilka godzin później, w nocy, Kornel i synowie państwa, u których mieszkaliśmy, namalowali białą farbą na murze, widocznym z okien przejeżdżających pociągów, napis: „Ręce precz od Czechosłowacji” oraz czerwoną gwiazdę i swastykę ze znakiem równości między nimi. Rano z maleńkim Mateuszkiem w wózeczku poszłam tam zobaczyć i posłuchać, co się dzieje: całe Oborniki były poruszone, ludzie mówili, że na pewno te napisy namalowali studenci. Nie wiedzieli wówczas, kto za tym stoi – dopiero w tym roku na stacji kolejowej została wmurowana tablica przypominająca to wydarzenie. Bardzo się cieszę, że moje dzieci myślą podobnie o Polsce jak my przed 1989 rokiem, że w podobny sposób pojmują patriotyzm.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gazetapolska.pl

W tym numerze