Nauczka ze Śpiewaka

PiS-owski aparatczyk, pisior, zdrajca, prawacka świnia, poplecznik faszystów (albo po prostu faszysta), kolaborant – to niewielka, najłagodniejsza część określeń, jakimi w ostatnich dniach został opisany Jan Śpiewak.

Do nagonki dołączyły, poza całymi armiami internetowych trolli opozycji (grupujący się pod hasłem SilniRazem), najbardziej znane „autorytety”. Między innymi Giertych, Matczak, Kuczyński, Piasecki, Siedlecka etc. Zaangażowano główne tuby propagandowe opozycji, „GW”, „Politykę” itd. Jak to się właściwie stało, że na celowniku PO znalazła się osoba, która swego czasu organizowała manifestacje w obronie „wolnych sądów”?

Zdrajca!
Śpiewak jest jedną z najważniejszych osób, które ujawniły aferę reprywatyzacyjną. Pokazał, jak w „majestacie prawa”, oddając fałszywym spadkobiercom gigantyczne majątki (na przykład kamienice), można okradać skarb państwa na setki milionów. Nie tylko. Okazało się, że bandyci, którzy parają się tym zajęciem, będący najczęściej w świetnych układach ze środowiskiem prawniczym, nie cofną się przed niczym. Groźbami, pobiciami, a nawet morderstwami. Z tymi ludźmi zaczął walczyć Śpiewak. Nie on pierwszy (nie był także pierwszym, który o tym pisał, wielu prawicowych i lewicowych dziennikarzy także zwracało uwagę na ten problem), ale był tym, dzięki któremu temat przebił się do powszechnej świadomości. I tego, tak samo jak niesamowitej odwagi, odmówić mu nie można. Problem okazał się inny. Otóż, na co zwracał uwagę sam Śpiewak, cały ten proceder odbywał się przy akceptacji ludzi związanych z warszawskim oddziałem PO. Wreszcie Śpiewaka spotkało to, czego mógł się spodziewać. Coraz bardziej kuriozalne wyroki sądów. W końcu, przyparty do muru, poprosił prezydenta Andrzeja Dudę o ułaskawienie. Na to tylko czekali medialni funkcyjni PO – okrzyknęli go zdrajcą. Co ciekawe, Śpiewak robił, co mógł, żeby pokazać, iż nic go z PiS-em nie łączy, że jest gotów wspierać PO. Ciężko było nie...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: