Po bilet na katastrofę. Demokraci 2020

Gdy większość mediów w USA skupia się na sprawie procedury impeachmentu prezydenta Donalda Trumpa, w tle odbywa się rozgrywka o demokratyczną nominację w wyborach w 2020 r. Co najważniejsze, nikt nie ma przekonania, że którykolwiek z kandydatów jest pewniakiem do pokonania Trumpa.

Na początku wyścigu zwracano uwagę głównie na to, ilu polityków chce się ubiegać o nominację prezydencką Partii Demokratycznej. Na linii startu było w pewnym momencie grubo ponad 20 kandydatów. Gdy stawka się nieco przerzedziła, a prawdziwych faworytów zostało tylko kilku, coraz bardziej zwraca się uwagę na fakt, że każdy z nich ma bardzo istotne wady. Joe Biden i Bernie Sanders są już w dość zaawansowanym wieku, co samo w sobie nie powinno być problemem, bo Trump przecież też do młodzieniaszków nie należy, ale w wypadku tej dwójki upływ czasu jest widoczny gołym okiem i rodzi zauważalne problemy. Partia nie wie też ciągle, czy lepiej postawić na progresywny socjalizm, który proponują Sanders i Warren, czy wybrać raczej opcję bardziej centrową, reprezentowaną przez Bidena. Jakby tego było mało, o trzecim starcie w wyborach zaczyna przebąkiwać… Hillary Clinton.

Koszmar z Pennsylvania Avenue
Przeciętnemu obserwatorowi trudno byłoby wyjaśnić zasadę działania umysłu Hillary Clinton. Można by bowiem sądzić, że nawet najbardziej chorobliwa ambicja w jakimś momencie się kończy, a dotkliwe i upokarzające porażki, których doznała Hillary, wystarczyłyby z nawiązką, żeby ją przytemperować. Najpierw Clinton, przedstawicielka politycznej amerykańskiej arystokracji, przegrała w demokratycznych prawyborach z mało znanym senatorem Barackiem Obamą. Potem o włos uniknęła porażki z szalonym socjalistą Berniem Sandersem, który jeszcze rok wcześniej spał na kanapie swoich znajomych, by ostatecznie zostać pokonaną przez kandydata, który przez większość komentatorów uznawany był za kuriozum i postać czysto komediową. Wygląda to tak, jakby Clinton...
[pozostało do przeczytania 64% tekstu]
Dostęp do artykułów: